170. Napaść na potwora

Witam po raz pierwszy w tym roku. Ten rozdział powinien pojawić się jako 169, ale jakoś nie pasował mi ze względu na święta. Myślę, że wróciłam nie wiem na jak długo, ale mam nadzieję, że uda mi się skończyć tego bloga.

Wydał z siebie cichy jęk. Zdezorientowany leżał na podłodze w kałuży własnej krwi. Nie miał pojęcia, czy nadal jest wilkołakiem, czy już człowiekiem.  Nie miał siły, żeby spojrzeć chociażby na swoje ręce, żeby się o tym przekonać.  Zresztą nawet gdyby miał na to siłę, to na wiele by się to nie zdało. Wszystko wokół wirowało. Ból powoli zaczął zanikać, a świat zdawał się oddalać. Remus powoli zaczął odpływać, gdzieś w nicość. W końcu wszystkie otaczające go dźwięki odeszły i nastała cisza po, której to wszystko co widział zaczęło się rozpływać. Minęły może sekundy, a może i minuty, aż wreszcie ogarnęła go kompletna ciemność, która przyniosła jego obolałemu ciału ukojenie.

Nastał poranek ¾ składu Huncwotów właśnie budziło się do życia. Chłopcy leżeli w łóżku i wesoło ze sobą rozmawiali. Cieszyli się, że nie musieli jeszcze wstawać. W końcu była sobota i mogli sobie pozwolić na chwilę lenistwa. Właściwie od samego rana planowali jak uprzykrzyć życie nauczycielom. Jakoś wyjątkowo nie potrafili wymyślić czego spektakularnego, czegoś co na długo pozostałoby profesorom w pamięci. Gryfoni zgodnie uznali, że to nie jest ich dzień na „knucie” i odpuścili sobie planowanie nowego kawału. Ze względu na fakt, że już niebawem mieli zakończyć swoją edukację nie chcieli decydować się na przypadkowe, banalne numery. Za wszelką cenę chcieli zostać zapamiętani tak, aby nauczyciele kojarzyli ich z ambitnymi, aczkolwiek szalonymi kawałami.
- Chcę powiedzieć o nas Lily. – James uznał, że powinien poruszyć tę kwestię z chłopakami. Syriusz i Peter wlepili wzrok w Rogacza.
- Nie wiedziałem, że mamy romans! – Wypalił Peter. Pettigrew szybko jednak urwał widząc karcącą minę Łapy.
- Myślę, że powinieneś się z tym wstrzymać. Najpierw uzgodnić to z Remusem, w końcu tu chodzi o niego.
- Evans się martwi. Wie kim staje się podczas pełni Remus i to ją niepokoi. Chcę jej zdradzić naszą tajemnicę właśnie po to, żeby się nie martwiła. Zresztą jak jej nie powiem to ona pewnego dnia może po prostu sama próbować się czegoś dowiedzieć. Nie chcę jej narażać. Tak samo jak nie chcę narażać Remusa.
- Rogaty, nadal uważam, że powinieneś to uzgodnić z Lunatykiem, bo to wszystko dotyczy głównie jego. Jeżeli Remus nie będzie mieć  zastrzeżeń to ja również. – odezwał się Syriusz. Black miał nadzieję, że jakoś zmieni nastawienie Jamesa i przekona swojego najlepszego przyjaciela do zostawienia „tajemnicy Huncwotów” – właśnie Huncwotom. Łapa ufał Evans, jednakże wolał nie wtajemniczać jej z uwagi na fakt, że im więcej osób wie tym większe prawdopodobieństwo, że wszystko się wyda, a to mogłoby zaszkodzić nie tylko im, ale przede wszystkim Lupinowi, a tego bardzo nie chciał.

Szkolna pielęgniarka upewniwszy się, że nadszedł odpowiedni moment weszła do ukrytego we wnętrzu wierzby bijącej tunelu. Mimo tego, że przemierzała ten tunel już wiele razy to czuła ogromne współczucie. Za każdym razem idąc tą drogą zastanawiała nad tym, dlaczego ten młody mężczyzna musi borykać się z takim cierpieniem. Bywało, że czuła dławiącą ją od środka wściekłość. Była zła na świat, że był tak niesprawiedliwy. Pani Pomfrey nie spodziewała się tego, co zastała na końcu tunelu. Wchodząc do Wrzeszczącej Chaty do głowy by jej nie przyszło, że na środku pomieszczenia zastanie zakrwawione, niemal pozbawione życia ciało Remusa. W swoim życiu widziała niewiele takich sytuacji. Od razu po otrzymaniu dyplomu udało jej się załapać się do pracy w Hogwarcie. Nie ma się, co oszukiwać praca szkolnej pielęgniarki rzadko kiedy wiązała się ze skomplikowanymi przypadkami medycznymi. Owszem bywało, że któryś uczeń przetransmutował swojego kolegę w bliżej nieokreślony przedmiot, bądź jakiś eliksir wybuchnął na zajęciach i opryskał pół klasy, co skończyło się u co poniektórych wyrośnięciem dodatkowej kończyny, ale były to wypadki nieliczne. Najczęściej usunięcie skutków tych zdarzeń nie stanowiło dla niej większego wyzwania, ale to, co miała teraz przed sobą przerosło jej wszelkie oczekiwania. Kobieta doskoczyła do nieprzytomnego mężczyzny i zaczęła sprawdzać, czy jeszcze żyje. Lupin stracił dużo krwi. Jego bladość dała pielęgniarce do zrozumienia, że nie miała za wiele czasu, żeby go uratować. Niewiele myśląc przylgnęła do chłopaka i teleportowała się z nim do Szpitala Świętego Munga.

Metaliczny zapach i ciągły szum, otępienie i ogólna dezorientacja.Nie wiedział gdzie jest i co się z nim dzieje. Ta niewiedza była chyba gorsza niż ciągły ból. Były jednak momenty kiedy nie bolało, kiedy czuł ciepły dotyk, czyjeś palce, które jakby pieściły jego skórę. Być może ten dotyk był tylko wyobrażeniem, które pojawiło się w jego mózgu jako odskocznia od ciągłego bólu. Tego nie wiedział. Tak samo jak nie wiedział, jak długo już trwa ten stan, jednak dałby wszystko, żeby w końcu wszystko się rozjaśniło. Jeśli miał umrzeć to chciał mieć to za sobą i po prostu przejść na drugą stronę.

- Ktoś zaatakował Remusa. – Syriusz wszedł do dormitorium i z całej siły uderzył pięścią w ścianę. Dłoń chłopaka zaczęła puchnąć on jednak za bardzo się tym nie przejmował . – Ktoś musiał nas obserwować.
- Łapo, co ty mówisz! Przecież było pusto sprawdzaliśmy na mapie…
- Właśnie nie sprawdzaliśmy! Nie chciało nam się cholera! – Black zaczął wrzeszczeć. – Ktoś torturował go we Wrzeszczącej Chacie, a myśmy temu nie zapobiegli. Jeżeli Lupin z tego nie wyjdzie to, to będzie nasza wina. Obiecaliśmy sobie, że będziemy go chronić, a niewykluczone, że właśnie my sprowadziliśmy tego kogoś na niego. Nasza nieuwaga może kosztować Remusa życie.
- Skończ panikować. Musimy tego kogoś złapać. Założę się, że to Snape. Rozkwaszę mu ten krzywy nochal! – James poderwał się na równe nogi i sięgnął po Mapę Huncwotów. Z rozmachem rozłożył ją i gdyby nie to, że mapa została odpowiednio zabezpieczona to najpewniej po tak gwałtownym otwarciu byłaby w co najmniej dwóch kawałkach. Syriusz zawahał się na sekundę, gdyż nie wiedział, co chce zrobić Rogacz. Był w stu procentach pewny, że jego najlepszy przyjaciel w tej chwili nie myśli racjonalnie i może ściągnąć na nich jeszcze większe kłopoty.
- A jeżeli to nie on? Powinniśmy to przeanalizować nim cokolwiek zrobimy. W tej chwili najważniejszy jest Remus, może poczekamy, aż odzyska przytomność i coś powie…
- Czyżbyś się bał, że Snape oberwie niepotrzebnie? Przecież oboje wiemy, że ta gnida jeśli jeszcze nie została śmierciożercą to wstąpi w szeregi najwierniejszych sługusów Czarnego Pana zaraz po zakończeniu Hogwartu. Jednak zrobisz jak chcesz. Ja osobiście nie zamierzam cię do niczego zmuszać, to jest twój wybór. Zrób tak, żebyś mógł żyć zgodnie ze swoim sumieniem! – Wybiegł trzaskając drzwiami. Peter wytrzeszczył oczy, a Łapa zamyślił się. Wahał się kilkanaście sekund, aż w końcu podjął decyzję, ze nie może zostawić Rogacza samego z tym wszystkim, nawet jeśli okazałoby się potem, że nie miał racji.
Znaleźli Smarkerusa w jednym z lochów. Z racji tego, że byli we trójkę (Glizdogon znany był z tego, że zawsze szedł za tłumem, więc widząc, że Łapa i Rogacz pobiegli zemścić się na Ślizgonie to poszedł za nimi) bez większych problemów obezwładnili przeciwnika. Zdezorientowany Snape nie zdążył nawet opuszkami palców dotknąć różdżki. Jim przy użyciu magii związał Ślizgona i wyczarował tuż nad jego głową wiadro z wodą. Chłopcy rozpoczęli przesłuchanie. Tym razem nie było miejsca na litość, gdyż ofiarą był jeden z nich. Potter przepytywał Severusa:
- Co zrobiłeś Remusowi?!
- Nie wiem, o czym bredzisz Potter. Myślisz, że jestem chory na umyśle, żeby zbliżać się w pełnię do tego potwora! – Chłodny, aczkolwiek spokojny głos Smarkerusa podziałał na rozczochrańca jak płachta na byka. Czarnowłosy machnął delikatnie różdżką i wiadro z wodą przechyliło się. Strumień zimnej wody zalewał twarz Ślizgona sprawiając, że zaczął się krztusić.
- Czemu akurat on? Dlaczego czekałeś, aż wyjdziemy stamtąd? – Rogacz postanowił zmienić trochę taktykę.
- Potter nie wiem kurwa o czym mówisz! – ledwo skończył mówić kiedy kolejny raz Huncwot zaczął go podtapiać. Ślizgon zaczął się krztusić i kaszleć. Dodatkowo był zdezorientowany, gdyż nie miał pojęcia o, co w tej całej sprawie chodzi.
- Daję ci ostatnią szansę… zadam inne pytanie. Od kiedy nas śledziłeś i co widziałeś?! – wyszeptał przykładając mu różdżkę do serca. Woda kolejny raz chlusnęła Severusowi prosto w twarz. Tym razem nie był podtapiany długo, gdyż do pomieszczenia wkroczył woźny.
- Chuligani! Co, wy tu robicie! Rozwiązać go w tej chwili! – Filch wrzeszczał jak opętany. Potter z niechęcią uwolnił Snape’a. Rozwiązując sznury nachylił się nad nim i obiecał mu, że to jeszcze nie koniec. – A co, to za świstek papieru? Pewno jakieś czarnomagiczne cudo… niebezpieczny przedmiot! – Argus wskazał na Mapę Huncwotów.
- Koniec psot! – Mruknął Syriusz, który jakby ocknął się z letargu. Mapa została zamknięta przed wścibskim spojrzeniem woźnego, nie oznaczało to jednak, że nie mieli kłopotów. Cała trójka wiedziała, że najgorsze jest właśnie przed nimi…

169. Szkło, czy lód

Kochani,

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, życzę Wam, żebyście zawsze wytrwale dążyli do celu, spełnienia najskrytszych marzeń, pasji, bo to ona czyni każdego z nas kimś niezwykłym. Mam nadzieję, że te święta będą ciepłe i pachnące piernikiem, że spędzicie z rodziną i będą one po prostu wyjątkowe.

Mówią, że mężczyźni rozwijają się intelektualnie do trzeciego roku życia, a później tylko już rosną. Oczywiście teza ta dotyczy wszystkich mężczyzn tylko nie tego jedynego wybranka. Ten konkretny zwany „,moim” jest oczywiście inny. On jest czuły i kochający, mądry i dojrzały. Śmiało można by go wychwalać bez przerwy co najmniej przez najbliższe trzy dni. I kiedy tak w końcu się go wychwali on odwala, coś co sprawia, że nawet najbardziej ślepo zakochana kobieta wpada w szał i niemal nienawistnie pomstuje na swojego ukochanego, ale zacznijmy od początku…

- Nie uważasz James, że to już było? – Syriusz zerknął na swojego serdecznego przyjaciela z powątpieniem. Rogacz wzruszył tylko ramionami. – Ale co będzie jak ktoś pomyśli, że skończyły nam się pomysły i teraz musimy tylko bazować na tych starych?
- Nie zależy mi na tym, a to jest naprawdę niezłe. Owszem pewne podobieństwo jest, ale jednak spójrz na to z innej strony to jest genialne, bo to jest coś innego w gruncie rzeczy. Huncwot nie powinien tak się przejmować, co pomyślą inni. Jesteśmy bandą wariatów – w tym miejscu uniósł obie ręce i zakreślił nimi cudzysłów – dla siebie, a nie dla innych.
- A Remus…
- Peter, też o tym myślałem, żeby Lunio wilkołaczek troszeczkę uświetnił nasze przedstawienie, ale doszedłem do wniosku, że Dumbledore nie byłby z tego zadowolony. Pomyśl sobie, że biedna Wrzeszcząca Chata nie pomieści całej watahy.
- Nie o to mi chodziło. Miałem na myśli raczej, czy damy radę bez Remusa.
- Nie obrażaj mnie. Bo to brzmi jakbyś wątpił w to, że my sami potrafimy myśleć. Pewnie, że damy radę. – Black szturchnął Petera w ramię tak mocno, że chłopakiem, aż zachwiało…

Za oknem było jeszcze ciemno, jednak czasem tak bywa, że piastowane stanowisko wymaga zerwania się z ciepłego łóżka jeszcze nim wstanie słońce. Biorąc pod uwagę porę roku – zimę – nie ma nic dziwnego w otaczającej nas ciemności. Jednakże 6.00 rano w sobotę stanowi raczej pewną anomalię, gdyż w dzień wolny każdy śpi do oporu. Albus Dubledore przeciągnął się z łóżku i powoli zaczął wstawać. Kiedy jego stropy dotknęły zimnej podłogi wzdrygnął się. Przez myśl mu przeszło, że powinien rzucić kilka zaklęć i raz na zawsze załatwić problem przeciągów w Hogwarcie. Było mu tak przeraźliwie zimno, że zdawało mu się, że jego stopy wręcz przymarzają do podłogi. Staruszek klasnął w dłonie. W komnacie zrobiło się jasno, to co widział przed sobą napawało go zdziwieniem, ale i jakąś dziwną radością.

Horacy Slughorm na palcach szedł do kuchni. Było to gdzieś w środku nocy. Jego nocna eskapada związana była z tym, że posłyszał od skrzatów domowych, że będą piec ciasteczka. Profesor miał wielką słabość do słodyczy. Już kiedy leżał w łóżku miał przed oczami górę wypieków. Z tą myślą udało mu się zasnąć. Sen jednak trwał dość krótko i po niespełna czterech godzinach pragnienie dorwania się do słodyczy było silniejsze, niż zmęczenie. Dotarł bezpiecznie do kuchni, a kiedy wreszcie się nażarł postanowił wrócić do łóżka. Wyszedł z kuchni i poślizgnął się. Zdezorientowany wpadł w coś białego i przeraźliwie zimnego.

Otworzyła oczy. Jej umysł nie pracował jeszcze tak jak powinien. Była tak jakby na granicy snu i obudzenia się. Z jednej strony jeszcze spała, nieco zmroczona snem, którego treści nie pamiętała. Z drugiej strony była świadoma, że się obudziła, ale coś było nie tak. Ze zdziwieniem patrzyła jak paruje jej oddech, a dormitorium wygląda jakby było ze szkła.
- Dziewczyny! – Tamara zawołała na cały głos. Jej współlokatorki usiadły na łóżkach. Zdezorientowane rozglądały się po pomieszczeniu. – Założę, że oni gdzieś nas wywieźli w nocy. Pewnie jak wyjdziemy to okaże się, że jesteśmy w samym środku lasu, albo, że dryfujemy sobie na krze po jezierze, a nasze „malusieńkie zwierzątko” – kałamarnica patrzy na nas pożądliwie. Lily, jak znam życie to Potter miał w tym swój udział!
- Skończ na dobrą sprawę nie złapałyśmy nikogo za rękę. – Warknęła Lily w obronie swojego mężczyzny mimo tego, że logika podpowiadała jej, że niestety całe to zamieszanie jest jego sprawką. Mając lekkie poczucie winy jako pierwsza położyła bose stopy na szklanej podłodze. Zapiszczała głośno. – Cholera to jest lód!

Severus Snape przeciągnął się i ziewnął głośno. Przetarł oczy. Nad jego głową wisiało z pięćdziesiąt lodowych sopli. Młody mężczyzna przekonany, że jeszcze śpi dyskretnie uszczypnął się w rękę. Sople jednak nie zniknęły. Sev spróbował wstać jednak jakaś dziwna siła mu to uniemożliwiła. Ku jego przerażeniu sople zaczęły się ruszać. Poczuł jak mimo panującego zimna jest mu gorąco. Lodowe sople zaczęły się odrywać od sufitu. Snape wydał z siebie zduszony okrzyk. Spadający lód jakby zaczarowany wbijał się w łóżko zaledwie milimetr od ciała ślizgona. Kiedy wszystkie sople pospadały Smarkerus odetchnął z wyraźną ulgą. Po chwili poczuł, że siła, która jeszcze chwilę temu trzymała go w łóżku jakby zelżała i umożliwiła mu wstanie. Dormitorium zamienione było w lodową komnatę. Nie zrobiło to już na nim wrażenia. Udał się prędko do łazienki chcąc przemyć chociaż twarz. Nie wiedząc czemu zerknął w lustro (bo raczej tego nie robił, gdyż twierdził, że jest tak brzydki, iż nie jest w stanie patrzeć na swoje odbicie ) i wrzasnął na całe gardło. Jego paskudny haczykowaty nos zmienił się w lodowy sopel, którego końcówka była zakręcona fantazyjnie niczym świński ogon. Rozeźlony ślizgon wrzasnął ze wściekłością. Przysiągł sobie, że ten kto to zrobił na pewno za to zapłaci.

Lodowy zamek na niektórych zrobił pozytywne wrażenie. Uczniowie wyczarowali sobie łyżwy i przemierzali szkolne korytarze. Ci którzy nie potrafili jeździć na łyżwach wyczarowali sobie magiczne sanki, które to dosiadali, a one same jechały. Pierwszoroczni  obrzucali się śniegiem. James i Syriusz obserwując tę scenę spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Oboje jednocześnie pomyśleli o tym samym. Czasami zdarzało im się, że śmiali się, iż mają dwa mózgi połączone ze sobą. Bywało, że Remus napijał się z nich prostując ową teorię. Lupin gdy był na nich zirytowany mówił „że każdy z nich posiada po połowie mózgu” i dlatego wpadają na te same pomysły. Chłopcy sięgnęli po mapę i upewniwszy się, że w otoczeniu nie znajduje się nikt przemienili się w zwierzęta. James w postaci jelenia wybiegł na korytarz. Pędził jak najszybciej potrafił, aż z jego boków unosiła się para. Za nim gnał wesoło poszczekując Syriusz. Rogacz wbiegł do Wielkiej Sali, gdzie w najlepsze trwało śniadanie. Na środku pomieszczenia była wielka zaspa śniegowa. Rozbrykany jeleń rzucił się na nią. Za nim gnał pies, który szczekał radośnie. Syriusz biegł tak szybko, że poplątały mu się łapy. Ślizgając się na lodzie obracał się na wszystkie strony, aż wyrżnął prosto w jelenia. Zirytowany Black zjeżył się i zaczął wyszczekiwać przekleństwa. W sali zapanowała absolutna cisza. Wszyscy wpatrywali się w tę scenę z napięciem. Obawiali się, że pies zaraz zagryzie jelenia. Rudowłosa dziewczyna zacisnęła palce na różdżce unieruchomiła psa i jelenia. W tym momencie jakby z transu ocknął się Hagrid. Olbrzym podbiegł do unieruchomionego psa i podniósł go bez trudu.
- Wypuszczę go w środku Zakazanego Lasu. – Lily podeszła do jelenia. Przyjrzała mu się ciekawie. Nigdy nie miała możliwości patrzeć na to zwierze z tak bliska. Zafascynowała zatopiła dłoń w jego sierści i uśmiechnęła się smutno. Wiedziała, że musi go stąd wyprowadzić. Nie dane jej to było jednak zrobić, gdyż tuż obok niej pojawił się profesor nauczający opieki nad magicznymi stworzeniami. Kiedy oba zwierzęta zniknęły z zamku ruda postanowiła zająć się szukaniem swojego chłopaka. W poszukiwaniach towarzyszyła jej oczywiście Tamara, która zamiast rozładowywać atmosferę to jeszcze ją pogarszała.
- Mówiłam ci, że to sprawka Jamesa i Syriusza. Jak nic  jestem pewna, że to Potter wpadł na genialny pomysł, żeby wpuścić do zamku te zwierzęta. Fuj… wyobraź sobie, jakby podczas śniadania ten pies zagryzł jelenia. Chyba bym się porzygała… – Evans starała się tego nie słuchać. Jej celem było znalezienie pewnego Gryfona, który to niestety był jej facetem. Gdy wreszcie dotarła do zadowolonego z siebie rozczochrańca zaczęła okładać go rękami po piersiach.
- CZY TY JESTEŚ POWAŻNY?! CZY WSZYSTKIE GŁUPIE POMYSŁY MUSZĄ WYCHODZIĆ OD CIEBIE! – Wrzeszczała przez kilka minut, a usatysfakcjonowana Tami, która w myślach dziękowała sobie, że przynajmniej jej chłopak nie jest idiotą patrzyła na tę scenę z niemałą radością. Jim nauczony doświadczeniem poczekał chwilę, aż jego kobieta się wykrzyczy po czym uciszył ją jednym pocałunkiem. Potter całował Evans przez kilka minut. Początkowo dziewczyna stawiała upór, który to wyjątkowo szybko pokonał.

***

Postaram się kolejny rozdział dodać 31 grudnia. Nie obiecuję jednak. Jeszcze raz Wesołych Świąt!

168. Dlaczego (nie) powinnaś się martwić

Zegar wybił godzinę 20.00. Spowity w ciemnościach zamek z daleka wyglądał przerażająco. Jednak, gdy tylko zajrzało się do jego wnętrza zmieniało się zdanie. W oświetlonych pomieszczeniach, w których dzięki dodaniu kolorowych zasłon i innych przedmiotów można było określić, że miejsce to jest przytulne i pełne ciepła. Nie oznacza to jednak, że cale jego wnętrze było tak przyjemnie przytulne. Były jednak w tym zamku miejsca, gdzie ogień nie trzaskał wesoło, a zakurzone i porośnięte pajęczynami przedmioty sprawiały upiornie wrażenie. Czarodzieje, którzy wychowywali się w tym zamku nie bali się duchów, które przenikały ściany, bali się raczej tych zaciemnionych miejsc, które duchy unikały. Zamek ten był pełen tajemnic mrocznych i złych. Tylko nieliczni dotarli w najciemniejsze zakamarki i coś odkryli. Byli tacy, którzy znali go jak własną kieszeń, żadna pajęczyna nie była im obca, jednakże poza usytuowaniem pewnych pomieszczeń nie wiedzieli nic o ich historii. Tak było w przypadku Huncwotów, którzy nie bawili się w historyków i odkrywców. Każde tajemne przejście traktowali jako nowy szlak, nową drogę, którą można uciec przed kłopotami. Pewnego styczniowego wieczoru, kiedy ciemną noc oświetlała szalejąca na dworze śnieżyca rudowłosa młoda kobieta uchyliła okno. Nie trudno się domyślić, że do pomieszczenia wtargnęło lodowate powietrze, a śnieg, który osiadł na meblach szybko zmienił się w wodę. Wpatrzona w szalejącą śnieżycę drżała z zimna jednak nie zamknęła okna. Mrużyła  oczy i chociaż wiedziała, że to niemożliwe próbowała dostrzec, czy ktoś jest na błoniach.
- Co to za wietrzenia! – Tamara wpadła do dormitorium i potrąciła Evans. Ruda opadła na łóżko. W tym czasie blondynka zamknęła okno z głośnym trzaskiem.
- Patrzyłam za nimi.
- Za kim?
- Chłopakami. Martwi mnie to, że są w tej chwili z Remusem.
- Mówisz jakby Remus był potworem. – obruszyła się blondynka. Lily rozchyliła nieco swoje malinowe usta, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie musiał, bo oto jej przyjaciółka wyszła z dormitorium trzaskając mocno drzwiami. Evans zmarszczyła czoło. Przecież nie miała niczego złego na myśli. Nie zamierzała jednak gonić za Tami i przepraszać ją na kolanach, za to, że martwi się o swojego chłopaka i przyjaciół. Przecież to było chore. Nie musiała się tłumaczyć. Nie musiała się produkować, że Lupin w trakcie pełni zmienia się z niebezpiecznego wilkołaka, a nie w puchatego króliczka. Na samą myśl o króliczku jej twarz lekko się rozjaśniła. Dziewczyna pokręciła z niedowierzaniem głową. Jak mogła posprzeczać się z Harris o takie bzdury.

Drobna postać naciągnęła jeszcze mocniej kaptur na głowę. Zdrętwiałe z zimna kończyny niemal krzyczały żeby zawrócić do zamku. Postać nie zamierzała jednak wracać. Trwała w najlepsze w samym środku zamieci jakby na coś czekając. W istocie czekała. Jej oczy, już przywykły do ciemnego krajobrazu i można powiedzieć jako tako dostrzegła to, co działo się z daleka. Fakt, że można było wzniecić ogień, który miło ogrzałby zmarznięte członki, jednak mógłby zdradzić obecność, a tego nie chciała. Na chwilę obecną w planach była tylko obserwacja, zero ingerencji. Wszystko miało przyjść z czasem. Ekscytacja, która ogarnęła ciało i umysł sprawiła, że ta noc stała się minimalnie cieplejsza. Szkoda tylko, że wskazówki zegara jakby stanęły w miejscu. Zresztą było tak co miesiąc. Sterczenie na zimnym dworze, w ciemną noc i to czekanie na odpowiednią chwilę. Nie wiedzieć czemu dzisiaj, akurat dzisiaj miał być ten ostatni raz. Czemu? W sumie na to pytanie nie znana była odpowiedź. Po prostu wystarczyło jedno spojrzenie w niebo, które ledwie było widoczne z powodu szalejącej śnieżycy. Nadszedł czas. Z oddali zamajaczył jakiś ruch. Początkowo zdawało się, że błonia przemierza jedna postać, jednak okazało się, że na nocny spacer w śnieżycę wybrały się aż trzy osoby. Schowana w krzakach osoba znała tych chłopaków, aż za dobrze. Na jej ustach pojawił się krótki uśmiech. Wiedziała, co będzie dalej. James, Syriusz i Peter zbliżyli się do Wierzby Bijącej. Pettigrew  zmienił się w szczura, a Potter i Black weszli do ukrytego tunelu. Nie było w tym nic innego, to było już powszechnie znane. Teraz znowu trzeba było czekać kilka godzin, albo i więcej. Huncwoci byli nieprzewidywalni. Czasem zostawiali Lupina po kilku godzinach, a czasem trwali u jego boku, aż do późnego popołudnia. Tajemnicza postać miała jednak przeczucie, że tej nocy nie potrwa to długo. Nie myliła się. Już pięć godzin później wilkołak został sam we Wrzeszczącej Chacie. Obserwator poczuł, że przechodzą go dreszcze podniecenia i chociaż pragnął od razu rzucić się do ukrytego tunelu powstrzymał to pragnienie. Musiał mieć pewność, że Huncwoci nie zawrócą, że nie wyszli tylko na chwilę. Odczekał jeszcze kilkanaście minut. Po tym czasie osobnik schylił się i zgarnął z ziemi garść śniegu. Uformował kulkę i z całej siły cisnął nią w odpowiednią gałąź. Nie trudno się domyślić, że Wierzba Bijąca zamarła. Postać z uśmiechem na ustach podbiegła do drzewa. Dostrzegła tunel, którym od razu zaczęła podążać. Ślizgając się po wilgotnych kamieniach parła do przodu. Z każdym krokiem towarzyszyła jej ekscytacja, którą coraz ciężej było opanować. Chociaż zakapturzony osobnik starał się sam siebie w myślach uspokoić nic to nie dało. Postać sunęła do przodu, niemal biegła. Gdy korytarz – tunel skończył się poczuła jak serce wali jej w piersi. Westchnęła i weszła do środka. Wilkołak przebywający we Wrzeszczącej Chacie od jakiegoś czasu czuł, że ktoś się zbliża. Zwierze zmrużyło swoje oczy i wyprężone czekało, aż tajemniczy osobnik znajdzie się w jego zasięgu. Potwór niemal natychmiast doskoczył do swojej ofiary, która jednak była na to przygotowana i jednym zaklęciem odsunęła od siebie zwierzę. Wściekły wilkołak zaczął się rzucać, zakapturzona postać odrzuciła kaptur do tyłu i zaczęła ranić przy pomocy magii swojego przeciwnika. Ciemnoszare futro wilkołaka oblepione było z krwi, a on sam leżał na ziemi ciężko dysząc.
- Od dzisiaj świat jest trochę lepszy, gdyż właśnie jeden z wybryków natury znika z tego świata. – przeraźliwy śmiech wypełnił Wrzeszczącą Chatę.

- James, wszystko gra? Martwiłam się. – Lily poderwała się gwałtownie z fotela. Czekała na Pottera od kilku godzin, co chwila nerwowo zerkając na zegarek. Obiecała sobie, że będzie czekać na powrót rozczochrańca, choćby miał on nastąpić następnego dnia w południe. Na szczęście dla niej nie musiała czekać, aż tak długo.
- Ej spokojnie. Jest okey. Zresztą jak zawsze. Musisz wyluzować. Za bardzo się tym przejmujesz. – Mruknął zmęczony Rogacz i przytulił do piersi swoją dziewczynę. Rudowłosa odwzajemniła uścisk. Jej dłonie czule gładziły jego plecy. Huncwot uśmiechnął się lekko. Powoli, aczkolwiek zdecydowanie odsunął ukochaną od siebie. Spojrzał jej głęboko w oczy. W zielonych tęczówkach Evans dostrzegł zmęczenie i troskę.
- Jak? Przebywanie w te dni z Remusem nie jest najlepszym i najmądrzejszym rozwiązaniem.
- Lilka, rozgryźliśmy to. On nas nie skrzywdzi. Idź się połóż jutro wszystko ci wyjaśnię dlaczego nie powinnaś się o mnie i o chłopaków martwić.
- Ale… – zaprotestowała.
- Kochanie, spójrz na siebie. Jesteś tak zmęczona, że ledwo stoisz. Za kilka godzin dowiesz się wszystkiego. Będziesz miała świeży umysł, będzie dużo czasu… przy okazji ja też jestem zmęczony. Obiecuję, że jutro odpowiem na każde twoje pytanie.
- Wolałabym wiedzieć już dzisiaj, ale jeśli muszę to zaczekam. – Westchnęła i odsunęła się od swojego chłopaka. Wolnym krokiem skierowała się ku schodom prowadzącym do dormitorium dziewcząt. Jim odprowadzał wzrokiem swoją ukochaną. Z lekkim uśmiechem przyglądał się krągłościom swojej dziewczyny. Mógłby się gapić na nią przez cały dzień i całą noc. Niestety ruda zniknęła z zasięgu jego wzroku. James również skierował się do dormitorium na zasłużony odpoczynek.

Brak Internetu

Kochani
Nie zapomniałam. Ciągle o Was pamiętam. Pojawił się jednak problem od kilkunastu dni mam ograniczony dostęp do Internetu. Dzisiaj udało mi się wejść na chwilę na bloga i ściągnęłam sobie szkice rozdziałów nad którymi ostatnio pracowałam. Teraz kiedy wiem,  co ostatnio pisałam mogę zabrać się do pracy. Kolejny wpis pojawi się jak naprawią mi Internet (mam nadzieję, że nastąpi to za kilka dni).

Pozdrawiam i przepraszam za utrudnienia :-)

167. Wyjaśnienia

Kochani, Mam zaszczyt zaprosić Was na kolejny rozdział. Nim jednak przejdziecie do czytania to mam ogromną prośbę. Jeżeli macie jakieś życzenia związane z poszczególnymi bohaterami opowiadania po zakończeniu Hogwartu oraz po śmierci głównych bohaterów (tutaj chodzi mi konkretnie o prolog) to możecie zostawiać propozycje w komentarzach w zakładce „Wasze pomysły”. Nie obiecuję, że wszystkie, ale jeżeli jakiekolwiek się pojawią to postaram się jak najwięcej z nich zrealizować. Pomysły będę zbierać do 20.10.16 r. A teraz już nie przeciągam! Życzę udanej lektury.

Szczęście, coś do czego dąży każdy z nas. Dążenie do szczęścia nie powinno jednak być obojętne. Czy słowo „obojętne” wydaje się tu nie pasować. Być może. Obojętność w dążeniu do szczęścia jest prosta do zrozumienia. Po prostu jednostka robi wszystko, nie przejmując się innymi, żeby osiągnąć swój cel. Można rzec, że po prostu dąży do celu po trupach. Teraz gdy wszystko staje się jasne należy przejść dalej. Kolejne mądre słowa, że nie da się zbudować szczęścia na czyimś nieszczęściu.
- Unieszczęśliwiam cię. – Wyszeptała Tamara. To, co ostatnio się z nią działo było po prostu nie do pomyślenia. Sama Harris zdała sobie wreszcie sprawę, że jej związek stał się po prostu destrukcyjny. Koniec końców niby była szczęśliwa, jednakże żyła w kłamstwie. Młody mężczyzna stojący na przeciw niej spoglądał przed siebie niewidzącym wzrokiem. Czuł jakby każda odpowiedź jaka padłaby z jego ust byłaby zła. Zatem podjął decyzję o trwaniu w milczeniu przynajmniej do momentu, w którym nie poczuje się wystarczająco bezpiecznie. – Mało tego ograniczam cię. Kontroluję, odsuwam od przyjaciół. Jestem naprawdę okropna, a ty nawet nic na to nie mówisz. Czemu trwamy w tym związku? Przecież jesteśmy poniekąd nieszczęśliwi.
- Chcesz ze mną zerwać? – Zapytał Remus. Jego głos był cichy, jednakże Tami usłyszała go bez problemu. Wolałaby, żeby krzyczał, niż był taki spokojny. W głowie zaczęło jej szumieć, a żołądek zaczął boleć ją ze stresu.
- Nie, ale co jeżeli nie mamy wyjścia.
- Mamy wyjście. Spróbujmy jeszcze raz. Zaufajmy sobie. Bądźmy partnerami, rozmawiajmy. Po prostu postawmy na szczerość. – Zaproponował. Twarz dziewczyny rozjaśniła się. Kąciki jej ust uniosły się nieco w górę.
- Nie robimy sobie przerwy?
- Nie. To nic by nie dało. Myślę nawet, że przerwa wszystko by popsuła. – Powiedział i przytulił mocno swoją dziewczynę. Z jej oczu trysnęły dwa strumienie łez. Poczuła ulgę. Dostała kolejny dowód na to, że Lupin ją kocha. Tylko czemu ona ciągle potrzebowała tych dowodów?

- Jesteś gotowa? – James wyciągnął dłoń w stronę Lily. Ona spojrzała na jego rękę krótko i zdecydowanie podała mu swoją. Jego palce oplotły delikatnie jej dłoń. Mimo tego, że uścisk chłopaka nie był mocny, czuła, że tak łatwo jej nie wypuści. Nie chodziło tutaj tylko o wzajemne splecenie ich dłoni, ale raczej o fakt, że właśnie złączyło ich coś wspaniałego. Nie wiedząc czemu, ale była pewna, że teraz wreszcie wszystko się uda, że ona i Potter to coś naprawdę trwałego.
- Myślę, że tak. Zresztą, czego mam się bać? Przecież na dobrą sprawę nie obchodzą mnie inni tylko ty i moi przyjaciele. Zdanie reszty jest nieistotne! – Odezwała się z przekonaniem. Jim przytulił ją do siebie. Tak długo czekał na te słowa. Tyle lat poświęcił, żeby osiągnąć swój cel i być z Lily i w końcu nadszedł ten moment. Oboje dojrzeli do tego, żeby być razem. Gryfon czuł jak rozpiera go duma. Zdecydowanym ruchem otworzył drzwi. Para wyszła z męskiego dormitorium. Powoli stawiali kroki na schodach. Początkowo szli raczej niepewnie. Jednak gdy znaleźli się w Pokoju Wspólnym uśmiechnęli się szeroko. Z Pokoju Wspólnego udali się do Wielkiej Sali. Tak jak podejrzewali wywołali w szkole małą sensację. Z zaciekawieniem przyglądali im się dosłownie wszyscy. Nawet nauczyciele nie potrafili zignorować tej anomalii, jaką w ich oczach było pojawienie się tej dwójki na śniadaniu trzymającej się za ręce. Bywało, że ludzie zatrzymywali ich i gratulowali, a oni przyjmowali te gratulacje z uśmiechem. Było to trochę zabawne, gdy zdali sobie sprawę jak wiele osób tak naprawdę mu kibicowało.
- Jim jak samopoczucie? Wiesz, że z racji tego, że jesteś zajęty twoje fanki będą musiały zadowolić się mną. Stary przygotowałem już stosy chusteczek, kilkadziesiąt tekstów na pocieszenie i jeżeli wszystko dobrze pójdzie to u mojego boku pojawi się kilkanaście najpiękniejszych kobiet uczęszczających do tej szkoły. – Syriusz rozradowany objął Jamesa. Lily parsknęła śmiechem.
- Myślę, że nie potrzebne ci są te kobiety. Łapo, ja życzę ci tylko jednej, ale wyjątkowej kobiety u twojego boku.
- Czyżbyś miał kogoś konkretnego na myśli?
- Szczerze mówiąc tak. Mam na myśli Dorcas. Nie starasz się odpowiednio o nią.
- Unika mnie.
- Spróbuję z nią pogadać. – Lily włączyła się do dyskusji. Black spojrzał na nią niepewnie. Wątpił, czy wstawiennictwo rudej na wiele się zda.

Przyjaciółki Lily siedziały na swoich miejscach. Z daleka obserwowały wesoło rozmawiającą trójkę (Syriusza, Jamesa i Rudą). Każda z dziewczyn poczuła, że wszystko się teraz zmieni. Gryfonki nie były pewne, czy na lepsze, czy może na gorsze.
- Myślicie, że będą szczęśliwi? – Zapytała Gabrielle zerkając z lekką zazdrością na swoją rudowłosą przyjaciółkę. Panna Meadowes ostatnimi czasy miała wrażenie, że omija ją szczęście. Jej przyjaciółki miały przecież chłopaków. Tami miała Remusa, Julia miała Paula, Lily Jamesa, a Dorcas ewidentnie ciągnęło do Syriusza.
- Początki zawsze są wspaniałe. Dopiero potem wszystko zaczyna się pieprzyć. – Julka wzruszyła ramionami. Nie wiedząc czemu widok Lily i Jamesa wywołał w niej złość. Zresztą Julia ostatnio ciągle chodziła zła.
- Mówi to osoba, która od dwóch lat jest w związku. – Zauważyła celnie Tamara, która po porannej rozmowie z Remusem była w wyśmienitym nastroju. Moore westchnęła z politowaniem.
- Już niedługo. Przyznam ,że męczy mnie ta rutyna. Ciągłe przewidywanie tego, co Paul powie, co zrobić. Ja nawet wiem, co on kupi mi na święta. Nie macie pojęcia jakie to irytujące.
- Zna cię na wylot. Co w tym złego?
- Nic, poza tym, że moja miłość do niego ulotniła się jak bańka mydlana. Zresztą jest ktoś inny. – Wyznała smutno.
- Inny? Czyli kto? Zajęty.? – Tamara zaczęła się dopytywać. Gabi posłała blondynce karcące spojrzenie, jednak Tami nie zwróciła na nie uwagi.
- Zajęty, nieosiągalny, więc nie ma o czym gadać! – Warknęła i podniosła się od stołu. Szybkim krokiem opuściła Wielką Salę. Miała nadzieję, że uda jej się dobiec do łazienki zanim zacznie płakać.

Severus zrobił niewzruszoną minę, chociaż wewnątrz trawił go gniew. Poczuł się zdradzony, chociaż tak naprawdę nie miał prawa się tak czuć. Do tej pory nie sądził, że widok Lily u boku Pottera wyprowadzi go z równowagi. Sev nie był ślepy. Widział już wcześniej, że ta dwójka zbliżyła się do siebie, ale nie sądził, że sprawy zabrną tak daleko. Teraz kiedy zostali oficjalnie parą spodziewał się najgorszego. Przestał się łudzić, że przeciągnie Evans na swoją stronę. Nie było takiej opcji, gdyż Potterowie byli przeciwnikami idei Lorda Voldemorta. Snape osobiście traktował ideę oczyszczenia świata z mugoli i szlam jako odkrywczą i genialną. No prawie genialną. Wszystko byłoby idealne, gdyby Lily miała lepsze pochodzenie, a tak martwił się o nią.
- Gapisz się na nich. – Avery wyrwał go z rozmyślań. – Zależy ci na tej szlamie Evans?
- Ani trochę. Właśnie wydała na siebie wyrok. Jak nic Czarny Pan ją zabije, ale to nie nasz problem…
- Jaki problem to byłoby niesamowite. Chciałbym, żeby Evans była moją ofiarą. – Rozmarzył się. Snape zacisnął ręce w pięści. W myślach obiecał sobie, że zabije każdego, kto będzie próbował skrzywdzić jego Lily.

166. Nasza słodka tajemnica

Kochani,
Trochę mi zeszło, ale oto kolejny rozdział. Wierzę, że spodoba Wam się jego treść, która jest wyjątkowo słodka, gdyż dotyczy głównie wątku Lily i Jamesa.

Każdy nawet najbardziej wygadany człowiek ma jakieś tajemnice. Mniejsze bądź większe sekrety, sprawy, którymi nie chcemy się dzielić. Chęć zatrzymania pewnych rzeczy dla siebie może wynikać z wielu powodów. Jednym z nich jest w istocie jest wstyd, innym świadomość, że tak naprawdę poza samym zainteresowanym pozostali mają to głęboko w poważaniu. Tajemnica nie musi być jednak osobista. Można ją z kimś dzielić. Bywa, że samo posiadanie tajemnicy sprawia, że jej przedmiot jest ciekawszy, bardziej ekscytujący.
- Jesteś gotowa, żeby ze mną porozmawiać? – Zapytał po kilku godzinach tulenia do siebie dziewczyny. Zielonooka Gryfonka trwała w milczeniu. Chociaż już od kilkudziesięciu minut pragnęła się odezwać to coś jej nie pozwalało. Tak na dobrą sprawę wewnątrz niej toczyła się ciągła walka. W głowie wirowały wspomnienia dobre i złe, wszystkie związane z jedną osobą. To, że się w nim zakochała – to było pewne, ale czy oznaczało to, że muszą być razem. Przecież sama miłość, o ile to była faktycznie miłość, a nie szczególnie mocne zauroczenie  to przecież nie  było to równoznaczne z tym, że muszą być razem. Evans głowiła się jakby to było być dziewczyną Pottera, tego Pottera, który znęcał się nad nią od pierwszej klasy. – Chcesz milczeć proszę bardzo. Musisz tylko wiedzieć, że nie ruszymy się stąd dopóki nie porozmawiamy. – Mruknął. Lily objęła rękoma swoje kolana i zaczęła bujać się na boki. Lekkie ruchy w prawo i w lewo działały na nią odprężająco. Miała wrażenie, że z każdą sekundą robi się coraz bardziej senna. Być może jej zmęczenie wynikało z późnej godziny, chociaż raczej szukała przyczyny gdzie indziej. Zmęczył ją nadmiar wrażeń.
- Muszę wszystko przemyśleć. – Wydusiła w końcu i podniosła się z podłogi. Schyliła się po swojego czarnego kocura i wzięła go na ręce. Nie mogąc się powstrzymać pogłaskała delikatnie rudą kotkę, która leżała na fotelu. Uśmiechnęła się pod nosem. Szybko jednak spoważniała i powoli zaczęła wycofywać się w stronę sypialni. W duchu czuła, że James nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Miała rację. Czarnowłosy odezwał się w chwili kiedy znalazła się na pierwszym stopniu schodów.
- Lily, masz czas nie spiesz się. Przemyśl to na spokojnie. – Odezwał się łagodnie. Nie odpowiedziała mu, chociaż pragnęła. Miała ochotę przypomnieć mu, że jeszcze chwilę temu poinformował ją, że nie może odejść dopóki wszystkiego sobie nie wyjaśnią. Był taki nieasertywny. Lily zaczęła szybko pokonywać stopnie, przeskakując co drugi tak, jakby ktoś własnie ją gonił. Gdy zasapana dotarła do dormitorium osunęła się na ziemię. Nie uszło to uwadze jej przyjaciółkom, które od dłuższego czasu się o nią martwiły. Pierwsza przy Evans znalazła się Julka.
- Wszystko gra?
- Nic nie gra. Potter… chce ze mną być. – Wypaliła nim pomyślała. To, że Jim chciał z nią być nie było żadną rewelacją, w końcu chłopak wspominał o tym „czasem” (plus minus 3/4 razy dziennie) od dwóch lat.
- No i? – Zagadnęła Tamara.
- Zastanawiam się, co zrobić.
- Olej go! – Zawołała zdecydowanie Moore zaskakując tym Evans.
- Lily, przecież to idiota. Co chwila gania z inną dziewczyną, zachowuje się jak gówniarz i na dobrą sprawę wątpię, żeby zainteresował się kimś na dłużej. Bez urazy, ale podejrzewam, że on chce być z tobą, bo stanowisz dla niego wyzwanie. – Skwitowała smutno i podeszła do dziewczyny. – Wiemy, że ci na nim zależy, ale rudzielcu on cię zrani kolejny raz. Pamiętasz już raz się w to zaangażowałaś i jak to się dla ciebie skończyło. On nie jest ciebie wart. – Tami stanęła po stronie Julii. Gabrielle wpatrywała się uważnie w smutną dziewczynę.
- Obawiam się, że jest w tym trochę prawdy. – Meadowes odezwała się szeptem. Przyjaciółki zerkały na zielonooką z troską i współczuciem.
- Jeżeli zdecyduję się z nim spróbować…
- … to się sparzysz. – Weszła jej w słowo Moore. Meadowes zgromiła Julię wzrokiem.  Lily zdawała się tego nie dostrzegać.
-… będziecie mnie wspierać?
- Będziemy się starać. – Zapewniły ja chórem.

Patrolowała samotnie korytarze. Co prawda nie powinna być sama, ale Remus, z którym miała wieczorny dyżur w związku ze zbliżającą się pełnią księżyca nie wyglądał najlepiej i ruda odesłała go do dormitorium. Chłopak oczywiście ostro protestował, ale zielonooka i tak postawiła na swoje. Mało tego zawlokła Lupina do McGonagall, która gdy tylko go zobaczyła od razu ostrym tonem nakazała mu odwiedzić Skrzydło Szpitalne.
- Luniek jest na ciebie zły.
- Pott… James?! – Chwyciła się za serce. – Co, ty tu do cholery robisz?
- Towarzyszę ci.
- Ale ja nie chcę.
- Okej. – Podniósł ręce do góry w geście poddania i pozwolił rudej odejść. Chociaż do końca wieczoru nie dostrzegła jego sylwetki nawet przez sekundę to czuła, że jej nie zostawił mało tego miała pewność, że Jim znajduje się w pobliżu.

- Remus, zrobiłeś kiedyś coś, chociaż inni ci odradzali? – kilka tygodni później Evans przysiadła się do blondyna na przerwie. Lupin wyjątkowo był sam, co zdarzało się rzadko. Najczęściej przebywał w towarzystwie swojej paczki lub Tamary, co raczej uniemożliwiało rudowłosej szczerą rozmowę z przyjacielem. Bursztynowe oczy oderwały się od książki i zerknęły na siedzącą obok dziewczynę. Na jej czole pojawiła się drobna zmarszczka – będąca znakiem, że coś ją męczy.
- Chodzi o Jamesa? – Zgadł bez problemu. – Nie mogę ci powiedzieć, co masz robić. Mogę dać tylko jedną radę, kiedy będziesz gotowa wszystko po prostu stanie się jasne. Nie myśl, nie analizuj samo się ułoży. Musisz jedynie czekać na odpowiedni moment. – Gryfonka machnęła głową bez przekonania i odeszła. Tak naprawdę bardzo się rozczarowała. Nie wiedzieć czemu, ale własnie od Remusa oczekiwała czegoś więcej, zawsze przecież łączyła ich pewna nić porozumienia. Zawsze, aż do teraz. Mimo rozczarowania postanowiła jednak zaufać swojemu przyjacielowi i po prostu zaczekać.

James leżał rozciągnięty na zielonej trawie. Dzięki magii rozmroził dość spory kawałek ziemi i sprawił, że trawa pięknie się zazieleniła i gdzie, nie gdzie pojawiły się wiosenne kwiaty. Mała chmurka, z której biło ciepło sprawiła, że Potter mógł zrzucić z siebie zimową odzież. Relaksując się w styczniowy poranek czuł się jakby był środek lata.
- Chcę pogadać. – Otworzył oczy. W ostatniej chwili powstrzymał się przed uśmiechem. Musiał być poważny. Wiedział, że Lily przyjdzie i to go cieszyło, ale przecież nie mógł robić miny „zwycięscy”, jeszcze ruda źle by to odebrała, a tego nie chciał. Kochał ją.
- Słucham cię.
- Nie chcę się spieszyć, nie chcę niczego deklarować. Chcę po prostu żyć, cieszyć się ostatnimi miesiącami w Hogwarcie. Czerpać z życia garściami i przede wszystkim niczego nie żałować. Nie mam zamiaru tracić czasu na obietnice. Chcę żyć z dnia na dzień. – Słowa, które spłynęły z ust dziewczyny sprawiły, że się uśmiechnął. Co prawda nie powiedziała „tak”, jednakże wreszcie dała mu cień szansy. Zapewnienie, że jest gotowa spróbować dać mu więcej, ale nie od razu jednak stopniowo. Cała Lily od zawsze była taka ostrożna.
- Jestem za tym, żeby się nie spieszyć, jednak nie chcę czekać na szczęście do końca życia, więc liczę, że nim osiwieję, wszystko się między nami ułoży. – Zażartował. Jej twarz rozjaśniła się lekkim uśmiechem, który według niego mógłby roztopić nie tylko śnieg pokrywający błonia, ale i śnieg w całej wiosce. Jim zadowolony z siebie chwycił Evans za rękę i złożył na niej krótki pocałunek, co prawda miał ochotę na więcej, nie zamierzał jednak naciskać. Doświadczenie, które składało się na kilka lat uganiania się za panią prefekt nauczyło go, że nie warto się spieszyć.

- Dasz się zaprosić na spacer? – Lily podniosła głowę z nad książki i zatonęła w orzechowych oczach Jamesa. Czuła, że się rumieni więc szybko przysłoniła twarz ogromną księgą.
- Ze mną? – Zapytała głupio i zrobiła się czerwona jak burak. Jim parsknął śmiechem widząc jej zawstydzenie. Tłumaczyła mu ostatnio, że spacerując z nim czuje się dziwnie, że ma wrażenie, iż spojrzenia wszystkich nieustannie ją śledzą.
- Nie z twoim kotem… jasne, że z tobą.
- Pochylił się i delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem wyjął jej książkę z rąk i odłożył na stoliczek. Chwycił ją za ręce zmuszając tym do wstania. Czuła jak serce tłucze się w jej piersi. Wstając przysunęła się jak najbliżej niego. Ich dłonie splotły się.
- Myślę, że Evans wolałaby dzisiaj nie wychodzić, więc dobrze, że jednak zdecydowałeś się na mnie. – Kokieteria jaką usłyszała w swoim głosie wprawiła ją w zaskoczenie. Nigdy taka nie była, a już na pewno nie w stosunku do Pottera, a właściwie nie w stosunku do Jamesa. Odkąd Syriusz sprezentował im na gwiazdkę po kocie. Rudej kotce Evans i czarnemu kocurowi Potterowi musieli przestać mówić do siebie po nazwiskach, bo wtedy przybiegały koty i domagały się pieszczot, smakołyków – bo właśnie tym była ta ich cudowna litania, którą najpierw brali za szczególnie nieudolną kocią muzykę.
- Ciii nie wołaj jej. Z tego, co widziałem jest właśnie z Potterem. Dogadują się…
- Nic dziwnego, przecież to rodzeństwo.
- Przewróciła oczami.
- Skąd wiesz?
- Syriusz mi mówił.
- Mieliśmy iść na spacer. – Ujął ją za rękę i wyprowadził z Pokoju Wspólnego. Było już dość późno, więc na korytarzach szkolnych mało było uczniów. Evans nie bała się, że gdy wybije godzina 22:00 jakiś nauczyciel złapie ich na wałęsaniu się po zamku. Wiedziała, że z Jimem jest to niemożliwe. Wyszli na błonia. Lily ubrana w krótki rękaw zadrżała. Co prawda był czerwiec, jednak ten wieczór nie należał do najcieplejszych. Rogacz kątem oka zauważył jak się zatrzęsła. Troskliwie objął ją ramieniem. Ruda przymknęła oczy. Czuła jego męski zapach. Zatrzymali się tuż przy jeziorze. Usiedli na trawie i wpatrywali się w księżyc, który teraz był w kształcie rogalika.
- Wierzysz, że zostało nam tylko kilka miesięcy? – Zapytała odrywając oczy od księżyca.
- Wierzę. Myślę, że to będą najlepsze miesiące w moim życiu. – Zerknął na nią znacząco. Ostatnio porzucili wszelkie rozmowy, co ich aktualnie łączyło. Woleli o tym nie myśleć. Jim nie chciał naciskać Lily, dlatego nie proponował jej randek, ale spacery. Nie wyznawali sobie uczuć, ale chodzi ze sobą za ręce. Ten układ był tak niezrozumiały dla innych, że oboje jednogłośnie stwierdzili, że nie chcą nikogo wtajemniczać.
- Pewnie. Ja tylko boję się, co będzie potem. Nie chcę tracić z tobą kontaktu. – Wyznała i oparła głowę o jego ramię. Potter objął ją delikatnie. Powoli zaczął przesuwać dłonią po jej plecach. Miał wrażenie, że czuje jakieś przyciąganie. Najchętniej porwałby ją w ramiona i zaczął całować do utraty tchu. Musiał być jednak spokojny. To, co się między nimi ostatnio działo sprawiło, że odzyskał nadzieję, że Lilka go pokocha. Nie mógł jej teraz tylko spłoszyć.
- Ja też nie. – Ujął ją za podbródek i delikatnie musnął wargami jej wargi. Na początku była zaskoczona, jednak po chwili delikatnie rozchyliła swoje malinowe usta. Pozwoliła, aby jego język swobodnie penetrował jej usta. – Nie chcesz tego? – Przerwał pocałunek i przyjrzał się badawczo swojej ukochanej. Jej oczy błyszczały dziwnym blaskiem. Mógłby przysiąc, że dostrzegł samotną łzę płynącą po jej policzku.
- Nie wiem. Boję się tego, co jak postępuję źle?
- Nie postępujesz źle. Za bardzo się przejmujesz i to tyle. Pamiętaj nic się nie dzieje. Kiedy tylko zechcesz możesz się wycofać. ZAWSZE. – Pokiwała głową i oddała mu pocałunek. Tym razem odwzajemniła pieszczotę. Rogacz wiedział, że nie może całować jej namiętniej, dlatego delikatnie przygryzał jej wargi. Czuł jak ich języki splatają się i nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Całowali się już kilka razy, ale dopiero dzisiaj poczuł, że już jest blisko tego, żeby stworzyć z Lily prawdziwy związek.

165. Zawsze krzycz kiedy cię boli

Kochani,
Przepraszam za kolejne opóźnienia.. Rozdział dedykuję Huncwotce, w podziękowaniu za 1600 komentarz na tym blogu. Jestem wdzięczna wszystkim komentującym za każdy odzew. Wiele to dla mnie znaczy. Pozdrawiam i życzę miłego czytania.

Krzyk właściwie pojawia się jako pierwszy w naszym życiu, kiedy to jako niemowlę wyciągnięte z matczynego łona, dostajemy swojego pierwszego życiowego klapsa i dajemy ku radości rodziców głośnym wrzaskiem sygnał, że wszystko u nas w porządku. Krzyk towarzyszy nam już od tego czasu. Używamy go w chwilach szczególnego niezadowolenia, w momentach, gdy czujemy ból, kiedy jest nam źle, gdy wściekłość przysłania wszystkie pozytywne uczucia, z bezradności… Krzyk jest głównie negatywny, chociaż bywają chwile, w których krzyczymy z radości, ze szczęścia lub/i w przypływie innych pozytywnych emocji…
- Czy możemy wreszcie porozmawiać szczerze?! – Wrzasnął James na rudą dziewczynę. Ta ostentacyjnie skrzyżowała ramiona na piersiach, przełożyła nogę na nogę i skierowała swój zgrabny nosek ku górze. Gdyby jeszcze zamknęła oczy wyglądałaby niczym posąg. Siedziała całkowicie nieruchomo, jej spojrzenie skierowane w stronę młodego mężczyzny, który od kwadransa na nią wrzeszczał mówiło wszystko. W zielonych tęczówkach zawarta była pogarda, złość i inne niezbyt pochlebne emocje. W myślach powtarzała sobie, że nie pozwoli wyprowadzić się z równowagi. Była już przecież dorosła, co oznaczało, że byle kto nie będzie miał najmniejszego wpływu na jej humor.
- Co Jimmy walka z wiatrakami? – Zagadnęła chłopaka wesoło Julka. Rozczochraniec zmierzył Moore chłodnym spojrzeniem.
- Nie twój interes. Spływaj.
- Wiesz, uroczy jesteś. – Warknęła w jego stronę i pokazała język. Potter skrzywił się ze złości i jednym machnięciem różdżki powiększył język koleżanki z roku. Julka zaczęła wydawać dziwne dźwięki, kiedy jej język zaczął intensywnie rosnąć. Twarz dziewczyny przybrała purpurowy kolor. Do oczu napłynęły jej łzy. Po chwili jednak powiększony mięsień przysłonił sylwetkę Gryfonki. Evans widząc, co właśnie zrobił Potter nie wytrzymała. Porzuciła zamiar bycia niewzruszoną i zaczęła wrzeszczeć na swojego wroga numer jeden.
- Potter! Idioto chcesz ją zabić! – Ryknęła tylko i zdzieliła go z całej siły w głowę. Miała ochotę uderzyć go jeszcze kilka razy, jednak ze względu na duszącą się Moore nie miała na to czasu. Jednym machnięciem przywróciła język przyjaciółki do normalnych rozmiarów. Julka klęczała na ziemi i oddychała ciężko. Nim zielonooka zdążyła kolejny raz podnieść głoś na Jamesa pojawił się obok niej czarny kot. Dziewczyna wiedziała, co zaraz nastąpi. Zwierze zaczęło swój standardowy koci koncert. Lament kota wywołał grymas na twarzach zgromadzonych. Tym razem jednak został zignorowany. Pani prefekt pomogła pozbierać się swojej współlokatorce z podłogi.
- Zemszczę się na tobie. – Wysapała Julia i wspierając się o ramię przyjaciółki skierowała się w stronę schodów. Miała po dziurki w nosie rozczochrańca, który ostatnio stał się cholernie nieznośny.
- W to nie wątpię. Mam nadzieję, że w końcu nauczysz się trzymać swój jadowity języczek za zębami. – Skomentował wyraźnie zadowolony.
- Palant. – Mruknęła pod nosem Lily.

- Gapisz się w ten słownik jakbyś postradała zmysły. Wiesz, że to ani nie jest urocze, ani fajne gdy dziewczyna przeklina. – Gabrielle odezwała się cicho. Dorcas podskoczyła zaskoczona. Myślała, że jest sama. W końcu trwała przerwa świąteczna, a ona zaszyła się w bibliotece, żeby po prostu w samotności móc pomyśleć.
- Wcale nie. Ja go tylko przeglądam z zainteresowaniem. Znajomość wulgaryzmów to jedno, posługiwanie się nimi w życiu codziennym to drugie. Uważam, że przeklinanie jest prostackie, chociaż są sytuacje, które można opisać właśnie jednym soczystym przekleństwem i to jest piękne. Nie uważasz?- Zagadnęła siostrę. Gabi zatknęła niesforny czarny kosmyk za ucho i podrapała się po brodzie. Powoli wyciągnęła dłoń po niepozorną książkę i otworzyła ją na pierwszej lepszej stronie. Starając się nie robić nazbyt zgorszonej miny odczytała kilkanaście przekleństw znajdujących się na stronie.
- Właśnie wzbogaciłam swoje słownictwo o kilkanaście nowych przekleństw. Ciekawi mnie, czy McGonagall doceni mój nowy zasób słownictwa…
- Gabi, możesz mi powiedzieć, dlaczego ze mnie drwisz?
- Nie drwię z ciebie. Raczej trochę się nabijam, ale to nic wielkiego. Wiem, co ci chodzi po głowie. Tak na dobra sprawę to ta książka niewiele cię obchodzi. Bardziej, niż ona obchodzi cię osoba, która ci ją dała.
- To chyba logiczne, że człowiek jest ważniejszy od przedmiotu. – Skomentowała sarkastycznie. Gryfonka uśmiechnęła się tylko lekceważąco i poklepała Krukonkę po ramieniu.
- Wiesz, że nie o to chodzi. Ty dalej czujesz coś do Syriusza. Black, co prawda jest gówniarzem, ale serce nie sługa, więc może powinnaś przestać się przejmować i po prostu spróbować?
- Ale ja nie chcę.
- Jesteś masochistką.
- Bo dałam mu kosza?
- Nie, bo czujesz coś do niego i odrzucasz go, żeby cierpieć.
- Ja tego tak nie widzę!
- Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. – Zauważyła trafnie Gabrielle i oddała słownik Doris. Ta spojrzała na Gabi z wyrzutem jednak nie odważyła się kolejny raz odezwać. W głowie miała mętlik. Wszystko stało się nagle bardziej zagmatwane. Dorcas zaczęła w samotności rozważać, co by się stało gdyby rzeczywiście dała chłopakowi szansę, która oznaczałaby, że zapomni mu dawne upokorzenie. Fakt miała słabość do Gryfona, jednak czy czuła do niego tą przysłowiową miętę, czy raczej po prostu zadurzyła się w nim? Krukonka tym razem postanowiła być rozsądna. Doświadczenie nauczyło ją, że nie powinna za szybko podejmować tak poważnych kroków. Jeżeli faktycznie osoba Syriusza Blacka ma być jej drugą połówką to prędzej czy później się zejdą.

Syriusz, Remus i Peter przyczajeni pod peleryną niewidką czekali na okazję, żeby dostać się do szkolnej kuchni. Nie chodziło o to, że ta trójka nie wiedziała jak dostać się do serca Hogwartu. Sztukę wtargnięcia do krainy smakowitości (jak zwykł kuchnię nazywać Peter) opanowali już na pierwszym roku. Tym razem szukali jednak tak zwanego frajera, który połaskocze smakowicie wyglądającą gruszkę i otworzy magiczne przejście. Chłopcy tkwili pod obrazem od kilkudziesięciu minut. Czekanie nawet im się nie dłużyło ze względu na to, że byli razem. Huncwocie w swoim towarzystwie raczej się nie nudzili, a gdy już następowała przysłowiowa nuda zazwyczaj zabierali się za uprzykrzenie komuś życia. – Remus, nie uważasz, że twój związek jest ostatnio jakiś taki bez polotu? Twoja kobieta kompletnie cię zdominowała. – Zagadnął przyjaciela Black. Lunatyk spojrzał z politowaniem na Łapę. Ostatnio chłopcy wybrali sobie go na kozła ofiarnego i ciągle się czepiali. Na początku było to może i trochę zabawne, ale z czasem zrobiło się męczące.
- Nie przesadzajcie. Gdybym był tak całkowicie zdominowany, to nie ślęczałbym tutaj przez godzinę jak kołek w waszym nędznym towarzystwie tylko siedział z Tamarą. – Zaczął filozoficznie.
- Może powinniście sobie zrobić przerwę. Ostatnio to jest mega modne. Każdy robi sobie przerwę w związku np. Sara i Clark z Slytherinu po dwóch latach związku zrobili sobie miesięczną przerwę, albo Dorothy i Greg, albo… nie pamiętam kto, ale wiem, że jeszcze trochę tego było. Wiesz Luniaczku, że większości te kilka tygodni wytchnienia dobrze zrobiło? Mówią, że do ich związku powróciła namiętność…
- Glizdogon, czegoś ty się nażarł?! Zaś Jim dosypał ci czegoś do soku z dyni? -Zarechotał Łapa. Luniaczek uśmiechnął się z politowaniem, chociaż z każdą sekundą pomysł przerwy w związku wydawał mu się coraz mniej niedorzeczny.
- O idzie! Ja nie mogę! SMARKUŚ będzie frajda! – Zachichotał jak dziewczyna Black. Pettigrew i Lupin słysząc ten chichot ledwo powstrzymali wybuch śmiechu.Chłopacy uspokoili się. Powoli zaczęli skradać się za Severusem do kuchni. Kiedy wtargnęli do pomieszczenia pełnego skrzatów domowych uśmiechnęli się szeroko. Do kolacji zostało jeszcze zaledwie kilka minut. Trochę to dziwne, że Snape zdecydował się nawiedzić kuchnię o tej porze, ale było to dla nich nie istotne. Syriusz wyciągnął różdżkę jako pierwszy i zaczął transmutować wszystko to, co nadawało się do jedzenia. Remus podwinął rękawy i skupił się mocno. Miał najtrudniejsze zadanie zamachał magicznym patykiem i przetransmutował Smarkerusa. W międzyczasie Peter wyczarował ogromne ilości kapusty. Wybiła tak zwana  godzina zero i przygotowane przez skrzaty potrawy znalazły się w Wielkiej Sali. Chłopacy wyskoczyli spod peleryny niewidki i pobiegli na niezwykły posiłek. Pozornie wszystko wyglądało jak zwykle. Potrawy takie jak co dzień, jednak gdy pierwszy nieszczęśnik zatopił zęby w smakołykach przygotowanych przez domowe skrzaty jego kolacja zamieniła się w obślizgłego ślimaka. Pomieszczenie wypełniło się wrzaskami, piskami i innymi nieprzyjemnymi odgłosami. Uwieńczeniem ślimakowej kolacji był ogromny przedstawiciel tego gatunku znajdujący się na stole nauczycielskim. Dziwnie blady ślimak rozpaczliwie pełzał w stronę profesorów, którzy ciskali w niego różnymi zaklęciami sądząc, że jest to nie uczeń, a nafaszerowany eliksirem powiększającym ślimak.
- Panowie misja zakończona sukcesem. – Mruknął Łapa oparty o drzwi Wielkiej Sali. Lunatyk i Glizdogon pokiwali głowami z uznaniem.

- Mogłabyś mnie wreszcie wysłuchać! – Stracił nad sobą panowanie i doskoczył do Evans. Mocno szarpnął ją za nadgarstek zmuszając, żeby wstała. Kolejny raz przybrała obojętny wyraz twarzy. – Wiem, że zachowałem się jak idiota! Wiem, że wszystko spieprzyłem. I tak Evans wiem, że poczułaś więcej. I TAK CHOLERA WIEM, ŻE PIEPRZONY KOT OD SYRIUSZA ZARAZ TU SIĘ NAPATOCZY! Dziewczyno naprawdę bardzo cię kocham i błagam o przebaczenie! Przepraszam, że olałem cię kiedy mnie potrzebowałaś. Możesz wrzeszczeć, wyzywać, bić mnie, ale mi wybacz!
- Robisz scenę Potter. – Warknęła. Koty Evans i Potter znalazły się przy nogach swoich właścicieli. Spojrzały na siebie znacząco i rozpoczęły pomiaukiwanie. Nie trudno się domyślić, że Pokój Wspólny całkowicie opustoszał.
- Trudno nie pozostawiasz mi wyboru. Kiedy próbuję zachowywać się bardziej subtelnie ty nie chcesz słuchać. – Odezwał się i wzruszył ramionami. Jeżeli to możliwe Lily poczuła jeszcze większą złość.
- NIENAWIDZĘ CIĘ! SŁYSZYSZ NIENAWIDZĘ! GÓWNO MNIE OBCHODZĄ TWOJE PRZEPROSINY, PROŚBY, BŁAGANIA!!! -Wrzeszczała dopóki głos nie odmówił jej posłuszeństwa. Gdy całkowicie zachrypła zaczęła okładać chłopaka za całej siły, a gdy w końcu nie czuła już rąk osunęła się na podłodze i skuliła. Płakała zanosząc się głośno. Potter klęczał obok niej i głaskał kojąco po plecach ze świadomością, że właśnie odniósł mały sukces w walce o tę miłość.

164. Zacznijcie się wreszcie szanować

Witam, Na początku chciałam poinformować, że wcale o Was nie zapomniałam. To jednodniowe opóźnienie wynika z faktu, że trochę się zagalopowałam i źle obliczyłam sobie dni, ale to nieistotne. Kolejny rozdział pojawi się w niedzielę.
Co do dzisiejszego wpisu to chciałabym go zadedykować komuś wyjątkowemu. Tak więc z okazji urodzin dla Romantycznego Człowieka Renesansu – sukcesów, spełnienia marzeń, wiary w siebie, radości, miłości, dużo weny i wszystkiego, co najlepsze. Dziękuję Ci za to, że jesteś, dzięki Tobie inaczej patrzę na świat.

***

Wojna od zawsze niosła za sobą niewinne ofiary. Wielu ludzi poległo przecież na placu boju dla tak zwanej idei. Dlaczego więc perspektywa wojny napawała go lękiem? Przecież był twardy. Przecież potrafił zabijać bez zawahania, ale jednak bitwa dwóch oddziałów czarodziejów, do której zapewne prędzej, czy później w końcu dojdzie napawała go przerażeniem. Spodziewał się wielu ofiar, jednakże miał nadzieję, że wśród setek, być może tysięcy poległych nie znajdzie się ona. Lily Evans, a właściwie to uczucie jakie do niej żywił napawało go starchem. Nie wierzył w miłość. To co czuł do Gryfonki, której najprawdopodobniej przyjdzie zginąć dla idei było wyrazem wdzięczności. W końcu broniła go przez tyle lat, przyjaźniła się z nim przez tyle lat, pozwalała mu chociaż przez te krótkie chwile uwierzyć w to, że potrafi być dobry. On jednak tak naprawdę zawsze był zgniły w środku. Wiedział o tym od dłuższego czasu. Nie chciał jej śmierci – przez wgląd na stare czasy. Momentami, w chwilach słabości zastanawiał się, co będzie, kiedy przyjdzie mu wybierać między jej życiem, a swoim własnym? Dopuszczał taką możliwość. Nie wiedział jednak kogo wybierze, czy siebie, czy może jednak ją. Powoli zaczął sobie zdawać, co znaczy dorosłe życie. Gdy za pół roku opuści te mury będzie musiał być samodzielny, po raz pierwszy od samego początku do samego końca będzie odpowiedzialny za siebie, za swoje życie. Chociaż pozornie został mu jakiś wybór, to teraz już było za późno. Nie mógł się wycofać. Popełniając swoją pierwszą zbrodnię podpisał pewien „pakt” z Czarnym Panem. Z posługi u Voldemorta w tej chwili mogłaby zwolnić go jego własna śmieć.

- Miau, miau! – Ruda kotka usiadła na brzuchu śpiącego Rogacza i zaczęła coraz głośniej pomiaukiwać. Huncwot czując na swoim brzuchu raz po raz wysuwające się pazurki jednym ruchem strącił z siebie kotkę. Zwierzę spojrzało na niego krzywo po czym ponowiło swoje natarcie. Kotka konsekwentnie wskoczyła na łóżko i ułożyła się wygodnie na brzuchu swojego właściciela. Zaczęła głośno mruczeć z zadowolenia. Syriusz przyglądał się temu zwierzęciu z zainteresowaniem. Było ono dość charakterne, a o to właśnie Blackowi chodziło.
- Wesołych świąt Rogaty! – Wrzasnął swojemu przyjacielowi do ucha. James z wrzaskiem usiadł na łóżku, zrzucając tym po raz kolejny kota.
- Zwariowałeś idioto! W ogóle, co to za sierściuch?! – Ryknął na całe gardło budząc przy okazji Remusa i Petera. Lunatyk zerknął zaspanym wzrokiem na przyczynę całego porannego zamieszania po czym obrócił się na bok i poszedł spać dalej. W końcu były święta. Nie zamierzał więc podnosić się z łóżka skoro świt.
- To prezent dla ciebie ode mnie. – Wyszczerzył zęby.
- Nikt ci nigdy nie mówił, że nie daje się zwierząt jako prezent.
- Oj tam… nie przyjmiesz? Pomyśl o tym, że to zwierzaczek od zwierzaczka, czyli mnie dla innego zwierzaczka, czyli ciebie. Czy ta gra słów nie brzmi nieziemsko?
- Łapa, weź rzuć alkohol, ewidentnie ci szkodzi. – Mruknął Remus i nakrył się kołdrą po czubek głowy. Black zignorował uwagę przyjaciela. Miał zbyt dobry humor, gdyż wiedział, że zabawa dopiero się zacznie.

- Miau, miau…
- Co do cholery?! – Odezwała się „subtelnie” pewna ruda dziewczyna. Leniwie rozchyliła powieki i  zerknęła na kota, który przytulał się do jej policzka. Zwierze mruczało radośnie.
- Miau, miau…
- Czyi to zwierz i dlaczego jest w moim łóżku? – Zagrzmiała groźnie. Przyjaciółki Evans wzruszyły zgodnie ramionami i zajęły się rozpakowywaniem swoich prezentów świątecznych. Rudowłosa odsunęła od siebie kociaka. Miała nadzieję, że to małe natrętne zwierzątko da jej spokój i pozwoli jeszcze trochę nacieszyć się snem. W końcu poszła późno spać, gdyż siedziała w Pokoju Wspólnym do późnej nocy i czytała książkę.
- Miau, miau…
- Będziesz wreszcie cicho?! Czego chcesz?! – Poderwała się na równe nogi, podparła ręce na biodrach i posłała kotu mordercze spojrzenie. Czarne stworzonko spojrzało na nią z zainteresowaniem.
- Lily, nie chcę ci psuć humoru, ale myślę, że to jest twój prezent świąteczny. Zobacz – Julia podniosła z podłogi różową wstążkę, do której przyczepiony był mały bilecik.
- Dla Evans – James. No poszalał w tym roku, nie ma, co. Po prostu romantyk. – Skomentowała Moore i zaczęła chichotać. Jakoś nie mogła się powstrzymać. Rozbawił ją wydźwięk tego listu, który przypomniał jej jak kilka lat wcześniej Potter próbował poderwać Lily. Ostatnio jakoś myślała, że zaniechał tak żenujących tekstów, a tu taka niespodzianka.
- Potter, marzenie każdej kobiety. – Zadrwiła zielonooka. Kociak podbiegł do niej i zaczął się łasić. Jakoś ją to ujęło. Nie chciała jednak dać satysfakcji Gryfonowi, który podarował jej zwierzątko i przybrała groźną minę. – Chodź kocie, wracasz do Pana.

- Łapa ja jej nie chce! – Protestował niczym pięciolatek, który buntuje się przed pójściem spać. Black niczym ojciec tłumaczył raz po raz przyjacielowi, że kotka jest prezentem i nie zamierza jej przyjąć z powrotem.
- Czyś ty zwariował?! – Potter właśnie stracił resztki swojej cierpliwości. Na początku wszystko to było nawet zabawne, ale potem przestało być śmieszne. Jak on, osoba, która potrafiła wykończyć nawet z kaktusa ma zająć się kotką? Przecież kota trzeba karmić kilka razy dziennie? Jak on miał to spamiętać?
- Przepraszam, że wam przeszkadzam. – Pani prefekt weszła do królestwa Huncwotów bez pukania. Peter, który siedział cicho na łóżku rozszerzył usta ze zdziwienia. Gryfonka do tej pory nie miała w zwyczaju wpadać do ich sypialni bez zapukania. Owszem zdarzało się, że wyśliła się tylko na krótkie puknięcie i nie czekała na zgodę, ale nigdy nie wtargnęła do nich w taki sposób i to jeszcze w piżamie.
- Nie Evans, nie przeszkadzasz! – Ryknął na całe gardło. Kotka Rogacza miauknęła cicho i zaczęła się łasić.
- Potter, czy ty w końcu nauczyłeś się czym jest ironia?! – Kot Lily zamiauczał głośno.
- Evans…
- Potter…
- MIAU! – Koty zaczęły swój lament. Ich pomiaukiwanie przypominało nieco wyjątkowo irytujący alarm w samochodzie, który za nic nie chciał się wyłączyć. Remus w końcu poddał się. Zdał sobie sprawę, że nie ma nawet najmniejszej szansy na to, że uda mu się jeszcze zdrzemnąć, chociaż przez kilka minut. Peter jeżeli to tylko możliwe zrobił jeszcze głupią minę. Na dobrą sprawę z całego towarzystwa jedynie Syriusz promieniał, wręcz był dumny z tego, co właśnie się przed nim działo.
- Powiedz mi, czy tobie już kompletnie odbiło?! Mózg ci wyparował? Czy może ktoś ci go przypadkiem zmniejszył zaklęciem? Bo już nie wiem, jak to nazwać. Jakim trzeba być idiotą, żeby na prezent dać kota…
- Zaskoczę cię! Mądrze gadasz, bo jakbyś kurna nie widziała, to ja rówżnież zostałem obdarowany kotem. Podziękuj Syriuszowi.
- CO?! – Zapytała zdezorientowana.
- Dokładnie. Koty to moja sprawka. Mało tego jakbyście nie zauważyli to nie są zwykłe koty. Tak się składa, że są rodzeństwem i są magiczne. Możecie im nadać imiona, ale będą rzadko na nie reagować. Nauczą się ich dopiero w chwili, kiedy w oboje zaczniecie się szanować. Na chwilę obecną James za każdym razem, kiedy będziesz zwracać się do Lily po nazwisku to Twoja kotka przybiegnie i zacznie swoją arię. Ty Lily, za każdym razem, kiedy zwrócisz się do Jamesa po nazwisku będziesz również musiała wysłuchiwać tej kociej arii. Mam nadzieję, że się czegoś nauczycie, a teraz wybaczcie mi, ale idę na śniadanie. WESOŁYCH! – powiedział i nie czekając na reakcję zgromadzonych opuścił sypialnię.

Syriusz zamierzał załatwić jeszcze jedną ważną sprawę tego dnia. Wszedł do Wielkiej Sali i uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Z racji tego, że na święta w Hogwarcie pozostało niewielu uczniów Łapa nie miał problemu, żeby wypatrzeć osobę, której szukał. Dorcas siedziała naprzeciwko swojej bliźniaczki i żywo coś opowiadała. Na jej policzkach rozkwitły urocze rumieńce. Czarne włosy miała jak zawsze ułożone perfekcyjnie. Dodatkowo dzisiaj z okazji świąt porzuciła szkolną szatę i zamiast niej ubrała się w błękitną sukienkę. Przypominała mu w niej anioła. Jak urzeczony wpatrywał się w młodą kobietę. Po kilkunastu sekundach, które zdawały się trwać wieczność udało mu się do niej dotrzeć. Gdy znalazł się już blisko poprosił, żeby z nim poszła. Gabrielle posłała Krukonce zaskoczone spojrzenie. Ta wzruszyła tylko ramionami i wyszła z Wielkiej Sali. Posłusznie szła obok Syriusza. Black nieco speszony włożył ręce do kieszeni.
- Dorcas, to co ostatnio między nami miało miejsca nie powinno było się wydarzyć. To znaczy nie wycofuję się z tego, co zrobiłem, co powiedziałem. Jest mi głupio, że zachowałem się jak jaskiniowiec. Tylko…
- … tylko nie przywykłeś do tego, że dziewczyna ci odmawia. Rozumiem. Pierwsza porażka zawsze boli. – Uśmiechnęła się łobuzersko.
- Mówisz zupełnie jak Rogacz. Chciałem ci coś dać na przeprosiny. Dorcas, chcę więcej, ale jeżeli nie możesz mi tego dać to bądźmy przyjaciółmi. W końcu ja to spieprzyłem…
- Syriusz, skończ już filozofować. Było minęło. – Położyła mu dłoń na ramieniu. Jej wybaczenie wiele dla niego znaczyło.
- Wesołych świąt. – Pocałował dziewczynę w policzek i wręczył jej mały pakunek. Meadowes zaczęła go otwierać, a gdy wreszcie jej oczom ukazała się mała książeczka parsknęła śmiechem.
- Słownik  wulgaryzmów… serio?!

163. Pozwól mi naprawić swój błąd

Kochani,
Mam nadzieję, że w sierpniu wreszcie zacznę pisać regularnie. Przyznam, że ostatnie dwa tygodnie miałam wypełnione różnymi wyjazdami, spotkaniami towarzyskimi i brakiem koncepcji jak ugryźć ten rozdział. Dzisiaj mi się to udało. Fakt tytuł niewiele ma wspólnego z treścią, ale postanowiłam go nie zmieniać. Życzę udanej lektury i mam nadzieję, że do zobaczenia w środę. Buziaki :*

Święta to szczególny czas. Właśnie w trakcie świąt, a nawet i przed samymi świętami zapominamy o całym złu jakie panoszy się po świecie. Święta to wspaniała okazja do wybaczenia. James Potter liczył, że świąteczna atmosfera pomoże mu przezwyciężyć opór Lily Evans. Chłopak od rozmowy z Hagridem robił wszystko, co mógł, żeby zbliżyć się do rudowłosej piękności jednak ta zdawała się unikać go jak ognia. Rozczochraniec jednak się nie zrażał. Raczej z pokorą znosił kolejne krzywe spojrzenia, powarkiwania i nieprzyjemne gesty ze strony rudej. Jim z tego powodu musiał znosić ciągłe docinki Blacka, który to z wyraźnym rozbawieniem przyglądał się wysiłkom jakie wkładał jego przyjaciel byleby tylko wrócić w łaski pani prefekt. – Chłopie zająłbyś się swoim życiem uczuciowym. – Odezwał się – Po co? Skoro moje życie uczuciowe ogranicza się do panienek na jedną noc, bo kiedy od jednej chciałem czegoś więcej dostałem kosza. W tej sytuacji pozostaje mi naśmiewanie z twoich niepowodzeń i poczynań Luniaczka-pantoflarza. – Zarechotał Syriusz. – W takim razie używaj sobie do woli. W końcu leżącego się nie kopie. – Łapa słysząc te słowa poderwał się na równe nogi z dzikim krzykiem. Rozbawiony rozczochraniec zaczął uciekać. Potykając się o ubrania, książki i inne walające się po podłodze przedmioty udało mu się dotrzeć do drzwi. Rozpędzony postawił stopę na stopniu i stracił równowagę. Z dzikim okrzykiem sturlał się ze schodów. Black, który wyszedł na klatkę schodową widząc sponiewieranego Rogacza zgiął się w pół i parsknął śmiechem.
- Jednak istnieje sprawiedliwość. – Wysapał pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu. Potter ostrożnie zaczął zbierać się z podłogi.
- Potter, co ty do cholery wyrabiasz! – Evans pojawiła się nagle. Jim usiadł na podłodze i podziwiał nogi dziewczyny, które to miał w zasięgu swojego wzroku.
- W tej chwili upajam się cudownym widokiem. – Wypalił nim zdążył pomyśleć. To wystarczyło, żeby ją rozzłościć. Na twarzy dziewczyny zakwitły rumieńce, a oczy zwęziły się.
- Potter. – Wysyczała.
- Jak to dobrze, że oswajasz się z tym nazwiskiem, w końcu niedługo będziesz się nim podpisywać. – Kolejny raz najpierw się odezwał, a dopiero później pomyślał. Dłoń dziewczyny niebezpiecznie zbliżyła się do jego szyi i chociaż oczyma wyobraźni widział jak jej palce zaciskają się boleśnie na jego szyi to panna Evans szarpnęła tylko za jego czerwony krawat. James powoli zaczął wstawać. Czuł ucisk na gardle. Jednak nie przeszkadzało mu to. Skupił się na wściekłym spojrzeniu zielonych tęczówek. Ze wszystkich sił starał się załagodzić to mordercze spojrzenie. Przywołał na twarz delikatny uśmiech, jednak na nic się to zdało.
- Nie muszę się oswajać z tym nazwiskiem. Jedyne z czym muszę się oswoić to z faktem, że będę musiała znosić twój widok jeszcze tylko przez sześć miesięcy, a później rozstaniemy się na dobre.
- Nie oszukuj się przecież tego nie chcesz. Wiem, że zaczęłaś coś do mnie czuć… – urwał gdy poczuł uderzenie. Uderzyła go nie po raz pierwszy jednakże po raz pierwszy miał wrażenie, że ten policzek, który mu wymierzyła właśnie ją zabolał bardziej. Wyglądała jakby przyłapał ją na najgorszym kłamstwie. Jim nie chcąc jej bardziej rozwścieczyć wycofał się. Nie powinien był jej drażnić. Wręcz przeciwnie. Powinien poczekać, a nie napadać tak na Lily. Zresztą zasłużył sobie na ten ból.

Syriusz ciągnął Petera za kaptur. Krągły Gryfon starał się zapierać nogami, wymachiwać dziko rękami, po prostu robić wszystko byleby nie wychodzić w ten mroźny, grudniowy dzień z zamku. Z racji tego, że Black od kilku dobrych lat był w drużynie i jego ciało składało się w dużej mierze z mięśni, bez większych problemów zmusił Glizdogona do pójścia tam, gdzie sobie zażyczył. Chłopak z rozbawieniem przyglądał się jak Pettigrew krzywi się z niezadowolenia. Od czasu do czasu słyszał jakieś pomstowania, jednak było to raczej marudzenie pod nosem.
- Przebieraj szybko nogami. Wtedy będzie szansa, że załatwimy sprawę w ciągu dwóch godzin. -Zaproponował Łapa i sięgnął do kieszeni płaszcza. Z wnętrza kieszeni wydobył nieco zmaltretowany papieros. Przyjrzał się mu uważnie i kiedy upewnił się, że papieros nie zawilgotniał przyłożył do jego końca różdżkę.
- Zwariowałeś?! – Zapiszczał Peter i dziko wyrwał papierosa w ust przyjaciela. Pech chciał, że młody mężczyzna zrobił to tak żywiołowo, że ostatni papieros, który notabene skrywany był na specjalną okazję właśnie wylądował w śniegowej zaspie.
- Wiesz, że właśnie wypierdzieliłeś mi mojego ostatniego fajka? – Warknął. Wściekłość owładnęła nim całkowicie. Zacisnął ręce na płaszczu małego Huncwota i pchnął go na ową zaspę. Glizdogon zaczął kaszleć. Nie zdążył zamknąć ust toteż spora ilość białego puchu znalazła się w jego usta. Niezadowolony zaczął podnosić się z ziemi. Było mu cholernie zimno. Łapa w tym czasie trochę ochłonął i zaczął otrzepywać ze śniegu swojego przyjaciela.
- Mogłeś sobie zrobić krzywdę. Pamiętasz jak Slughorm opowiadał, jak jego znajomy odpalał cygaro swoją różdżką i przypadkiem usunął sobie nos? Albo jak jego daleka kuzynka zamiast papierosa podpaliła swoje włosy? Albo… – Zaczął wyliczać. Black przerażony, że paplanina kumpla będzie się ciągła jeszcze przez długi, długi czas zatkał mu usta.
- Okej dzięki! Niech będzie uratowałeś mi życie. Zainwestuję w mugolskie ciulstewko z przenośnym ogniem, dobra? Tylko obiecaj, że nie będziesz marnował moich ostatnich papierosków?
- Zgoda. Od kiedy jarasz? – Łapa opanował się ostatkiem sił, żeby nie parsknąć śmiechem. Jakże te słowa brzmiały dziwnie w ustach Petera, który jednocześnie patrzył na niego swoimi mętnymi niebieskimi oczami z mieszaniną podziwu i strachu.
- Odkąd świat mnie wkurza. – Odezwał się ostrzej, niż zamierzał. Jego towarzysz wyczuł, że czarnowłosy nie był w najlepszym nastroju więc nieco się skulił. W duchu skarcił sam siebie za to, że ośmielił się zdenerwować swojego idola. Peter dla własnego bezpieczeństwa milczał, aż do Hogsmeade. Odezwał się dopiero, kiedy Łapa zatrzymał się pod sklepem zoologicznym. Nad drzwiami szarego budynku znajdował się szyld wypisany zielonymi literami. Owe litery składały się na jedno słowo „ANIMAG”.
- Ładna nazwa. – Zdecydował się przerwać panującą między nimi ciszę.
- Znasz historię tego miejsca? –  Posłał Peterowi pytające spojrzenie. Ten tylko zaprzeczył machnięciem głowy. – Kilkadziesiąt lat temu kiedy trwały walki między największymi rodami czarodziejów o władzę nad magicznym światem w tym czasie budynek ten był czymś w rodzaju więzieniem dla animagów. Kiedyś Peter animagia była zakazana. Nie dlatego, że inni czarodzieje uznawali animagów, za niebezpiecznych. Było tak dlatego, że zazdrościli tym czarodziejom tych zdolności. Któryś z zazdrośników wynalazł zaklęcie, które podobno sprawiało, że animag nie mógł wrócić do swojej ludzkiej postaci.
- I co było dalej? – Zapytał z zainteresowaniem Pettigrew. Black wybuchł głośnym śmiechem.
- Nic. Nie wiem. Właśnie wymyśliłem tę historię. Właź do środka. – Zarechotał i otworzył szeroko drzwi. Wewnątrz sklepu panował hałas. Głośne pohukiwanie sów, miauczenie kotów i jeszcze kilka trudnych do zidentyfikowania dźwięków wypełniały to miejsce. Przez głowę małego Huncwota  przewinęła się myśl, jak ktoś mógł wytrzymać w tym hałasie. On był tu ledwo od kilkunastu sekund i miał dość tej mieszaniny dźwięków. Kolejna myśl jaka wpadła mu do głowy wywołała na jego pulchnej twarzy szeroki uśmiech. Co jeżeli sprzedawca był kompletnie głuchy i dlatego tutaj pracował?
- Witam. – Tajemniczy kobiecy głos zabrzmiał tak, jakby owa kobieta była tuż za nim i niemal dotykając wargami jego ucha szeptała do niego powitanie. Wzdrygnął się nieznacznie.
- Dzień dobry. – Hogwartczycy odpowiedzieli uprzejmie. Syriusz w przeciwieństwie do Petera nie był, ani trochę pod wpływem zmysłowego głosu kobiety. Pettigrew w końcu zobaczył tajemniczą postać. Sprzedawczyni była kobietą o bardzo drobnej budowie, a jej bladą twarz okalały gęste, czarne, nieco splątane loki. Jej usta sprawiały wrażenie za dużych, a oczy niemal białe nieco przerażały. Peter lekko przełknął ślinę. Po karku przeszedł go dreszcz. Ostatkiem sił opanował wzdrygnięcie i starał się nie okazywać, że z jakiegoś powodu boi się tej kobiety.
- Są już gotowe?
- Tak proszę pana. Tutaj są klatki.  Tak jak pan sobie życzył. Dwa koty. Jedna kotka, jeden kocur. Jeden rudy, drugi czarny. Są już nazwane tak jak sobie pan tego życzył.
- I reagować będą tylko na te imiona? – Uśmiechnął się łobuzersko.
- Można je dodatkowo nazwać inaczej. W każdym razie na te zawołania zareagują zawsze. – Odezwała się uprzejmie. Łapa zadowolony z tego, co usłyszał sięgnął do kieszeni po pieniądze. Odliczył kilka monet i podał je sprzedawczyni. Dwójka Huncwotów pożegnał się i wyszła ze sklepu.
- Na cholerę ci dwa koty? – Zagadnął.
- Nie dla mnie. To prezent. Bardzo pożyteczny prezent. – Wyszczerzył do niego zęby. Szybko jednak spoważniał. – Cholera nie kupiłem im nic do jedzenia. Weź daj mi tego kota i skocz do tego zoologicznego po karmę.
- Nie wolałbyś ty… ja potrzymam klatki… – Spróbował zaprotestować, jednak dostrzegłszy zaciętą minę Blacka podał klatkę z kotem. Chcąc nie chcąc wszedł ponownie do tego dziwnego sklepu.
- Kilogram karmy wystarczy? – Zapytała kobieta nim się odezwał. Peter zaklął w myślach. Czy ta kobieta była wróżbiarką?
- Tak. – Wyszeptał. Szybko zapłacił za karmę i niemal biegiem dopadł drzwi.
- Nie wątp nigdy w swoich przyjaciół. Pamiętaj oni cię nie zostawią. Ktoś cię okłamie, że tak się stanie, ale ty go nie słuchaj. Przyjaciele są z tobą. –  Powiedziała dziwnie wysokim głosem. Gdy chciał się zapytać o co chodzi już jej nie było. Zniknęła, a może tak naprawdę wcale nie istniała?

162. Rozmowy i ostrzeżenia

Kochani strasznie Was przepraszam. Obiecałam Wam czwartki, a potem nie wstawiłam, żadnego rozdziału. Powodów było kilka: koniec sesji, problemy z pracą dyplomową, brak internetu i jeszcze coś by się znalazło.
Chcę to jednak naprawić i w miarę możliwości nadrobić te rozdziały, które jestem Wam winna. Wierzę, że się uda. Dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim u których mam zaległości.Kolejny postaram się dodać jeszcze w tym tygodniu. Pozdrawiam :)

- Jesteś jakaś smutna. – Alex pogłaskał po policzku swoją byłą dziewczynę. Evans delikatnie, aczkolwiek stanowczo ściągnęła jego dłoń ze swojej twarzy. Nie miała ochoty, żeby ją dotykał. – I odwołałaś nasze ostatnie spotkanie.
- I to był powód, żeby na następne umawiać się przez moje przyjaciółki? – Warknęła. Była wściekła na dziewczyny za to, że umówiły ją z Alexandrem podstępem. Jakoś nie miała ostatnio ochoty na spędzanie czasu wolnego w towarzystwie przedstawicieli płci męskiej. Właściwie to na nic nie miała ochoty. Jedyną rzeczą, której ostatnio się poświęcała były przygotowania do egzaminów. Zaniedbała przez to swoje przyjaciółki i kiedy dzień wcześniej Julka i bliźniaczki zaproponowały jej wypad do wioski to się zgodziła. Teraz była jednak świadoma, że to był błąd.
- Inaczej nie było możliwości. Tęskniłem. – Wyszeptał czule. Jego towarzyszka nieznacznie zmarszczyła brwi.
- Gdybyś mnie nie rzucił wtedy na peronie to być może nie musiałbyś tak bardzo tęsknić. – Odparowała. Chciała za wszelką cenę zadać ból Alexowi, jednak nie wiedziała za bardzo jak. Jej były chłopak był dość skryty. Nie oznaczało to, że nie był skłonny do miłości. Stone podczas ich związku niejednokrotnie był bardzo czuły, mimo swojej pozornie obojętnej osobowości.
- Zrobiłem to, żebyśmy oboje nie musieli cierpieć.
- I nie wyszło!
- Masz rację nie wyszło. Jednak tego nie żałuję. Jeżeli mamy być razem to te kilka miesięcy nie zrobi nam większej różnicy. Lily nadal cię kocham. Martwię się o ciebie, tęsknię i niecierpliwie wyczekuję, aż wreszcie skończysz szkołę i będziemy mogli być razem, jeżeli tylko będziesz dalej tego chciała.
- Ja ciebie też kocham. – Wyszeptała. Alexander ujął jej drobną chłodną dłoń. Zaczął delikatnie pocierać palcami o jej palce tak, aby oddać jej chociaż trochę ciepła.  Evans odwróciła głowę speszona. Czuła, że jej twarz płonie. Ogniste rumieńce, które gościły na jej policzkach nie były dziełem zimnego grudniowego powietrza. Pani Prefekt po prostu zawstydziła się. Już jakiś czas temu jej uczucia do towarzyszącego jej bruneta osłabły. Nie miała jednak odwagi się do tego przyznać. Przynajmniej nie teraz.

 

Syriusz pogładził delikatnie Dorcas po policzku. Czarnowłosa dziewczyna przymknęła oczy. Black zachęcony jej reakcją ponowił pieszczotę. Panna Meadowes czuła na swej twarzy delikatny dotyk Gryfona. Miała wrażenie jakby opuszki palców chłopaka gładziły nie tylko jej twarz, ale i inne części ciała. Czuła przyjemne dreszcze na plecach. Przez głowę przeszła jej myśl, że gdyby była kotem to zapewne teraz zaczęłaby mruczeć. Łapa zachwycony przyglądał się reakcji swojej przyjaciółki. Musiał przed sobą przyznać, że od jakiegoś czasu miał nadzieję, że Krukonka kolejny raz spojrzy na niego przychylnie. Nie chciał jednak się narzucać. Planował być cierpliwym w zdobywaniu dziewczyny, jednak teraz gdy widział jak reaguje na jego dotyk nie potrafił się powstrzymać. Nachylił się delikatnie nad panną Meadowes w celu obdarowania jej pocałunkiem. Przysunął się bliżej o kilka centymetrów. Jednak usta Doris nadal był poza jego zasięgiem. Zdezorientowany otworzył oczy. Krukonka odsunęła się od niego. Wyraz jej twarzy był jakiś dziwny. Syriusz mógłby opisać wszystkie emocje jakie pojawiły się teraz w jej oczach.
- Przestań. Nie chcę się z tobą całować. Myślałam, że wszystko między nami zostało wyjaśnione. Syriusz, miałeś swój czas, ale go nie wykorzystałeś. Teraz zależy mi tylko na przyjaźni, ale jeżeli ci to nie odpowiada to musimy się rozstań. Po prostu zakończyć tę znajomość. Przykro mi. – Uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Black poczuł suchość w ustach. Właśnie dostał kosza. Zdarzało mu się to już kiedyś, jednak do tej pory żadne odrzucenie nie bolało go tak bardzo.
- Jasne rozumiem. Przepraszam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Jakoś mnie poniosło. Wiesz to było pod wpływem chwili… – Czarnowłosy chłopak zaczął się tłumaczyć.

Ślizgon uniósł lekko wzrok. Przez krótką chwilę obserwował to, co działo się za oknem. Śnieżyca, która właśnie rozpętała się na dworze zdawała się pochłaniać go bardziej, niż książka, którą trzymał w ręku. Severus nie wiedzieć czemu stał sobie na korytarzu i czytał książkę. Snape równie dobrze mógł oddać się lekturze w swojej sypialni, ale z jakiegoś powodu tego nie robił. Mieszkaniec Slytherinu od kilku dni miał nieodparte wrażenie, że ktoś go obserwuje. Jako, że był osobą dość inteligentną nie rozglądał się na boki tylko zamierzał dyskretnie przyłapać intruza. Severus przyglądał się odbiciu w szybie. Nieoczekiwanie zamknął książkę i jednym susem doskoczył do schowanego za zbroją Petera.
- Pettigrew, czy ty nie masz swojego życia? – Zapytał i docisnął koniuszek swojej różdżki do gardła Gryfona. Mały Huncwot zadrżał ze strachu. Sev wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Mmmam. – Wystękał. Różdżka Snape’a coraz mocniej napierała na chłopaka. Do oczu Petera zaczęły napływać łzy. Chłopak ostatkiem sił starał się je powstrzymać. Nie mógł popłakać się przy Smarkerusie.
- Powiedz mi więc, dlaczego od kilku dni chodzisz za mną jak cień? – zapytał cedząc przez zęby każde słowo.
- Ja nie wiem. – Zapiszczał.
- To ja ci powiem. Ty i twoi koledzy… chociaż nie. Ty jesteś na to za głupi. Inaczej. Twoi koledzy doszli do wniosku, że coś knuję. Być może mają rację. Nie potwierdzam nie zaprzeczam. Dziwię się, że wysłali tu ciebie. Taką łajzę. Pettigrew możesz węszyć, podsłuchiwać, ale nic na mnie nie znajdziesz. Na innych też niczego, więc lepiej przygłupie weź się za naukę do egzaminów, a nie za śledzenie innych, bo do tego się nie nadajesz! – Wrzasnął i pchnął Gryfona na ścianę. Peter uderzył głową i osunął się na ziemię. Nie stracił jednak przytomności. Zdezorientowany przez kilka minut siedział na chłodnej posadzce.

- Jim, co ci odwaliło? Nie potrafię zrozumieć tego, co robisz Lily. Ona na to nie zasłużyła. – Remus wyjął z rąk Pottera gazetę. Rozczochraniec rzucił tęskne spojrzenie na swoją lekturę. Jednak odpuścił. Pozwolił odebrać sobie czasopismo.
- Nie rozumiem o, co ci chodzi. Po prostu nie mam ochoty z nią rozmawiać i tego nie robię. Ona jakoś nie nalega na rozmowę, więc jest dobrze i dla mnie i dla niej.
- Chłopie, kogo ty chcesz oszukać? Mnie, siebie, innych, czy może wszystkich?
- Nikogo nie chcę oszukiwać. W przeciwieństwie do ciebie. Stary jesteś moim kumplem i wiem, że mogę powiedzieć ci wszystko. Rzuć Harris, bo ta dziewczyna cię zniewoliła. Jesteś całkowicie innym facetem, niż byłeś. Mam wrażenie, że ta dziewczyna jest wszędzie i kieruje każdym twoim ruchem. -Potter zmienił temat. Lupin zmarszczył czoło. Rozmowa z przyjacielem do której to przygotowywał się od kilku dni, nie szła jak powinna. Mało tego zboczyła na niebezpieczne tory. Lunatyk chociaż poczuł złość na Rogacza nie okazał jej. Doceniał szczerość przyjaciela, którym kierowała troska o jego dobro.
- Powiedzmy, że masz rację i powiedzmy, że ja mam rację.
- Pierwsze przyjmuję, ale do drugiego mam wątpliwości . – Westchnął rozczochraniec. Nie chciał się kłócić, gdyż ciągłe sprzeczki bardzo go męczyły. Dałby jednak wszystko, żeby wreszcie mu odpuścili. – Nic nie robię Evans. Po prostu nie chcę z nią utrzymywać dłużej kontaktu. Wybacz, ale obiecałem Hagridowi, że go odwiedzę. – Zmienił naprędce temat i szybko zaczął ubierać się w ciepłe ubrania.

Kilkanaście minut później siedział w chatce gajowego przy kubku herbaty. Olbrzym wesoło trajkotał, a Rogacz starał się skupić i od czasu do czasu wtrącać jakieś komentarze do kolejnych opowieści Hagrida. Szło mu to jednak dość nieudolnie, gdyż Rubeus nieoczekiwanie przerwał swoją anegdotę dotyczącą jego własnoręcznie wydzierganego obrusu w żółte smoki (które to smoki swoją drogą bardziej przypominały szczególnie brzydkie kurczaki).
- Coś cię gryzie, James?
- Nie.
- Nie kłam proszę. Co jest? – nie miał pojęcia, czy to ta herbata, czy może jakaś taka wewnętrzna chęć wygadania się sprawiła, że wreszcie pękł. Słowa zaczęły ulatywać z jego ust tak szybko, jak szybko ulatuje powietrze z balona.
- Nie miałeś kiedyś wrażenia, że kochając kogoś możesz go krzywdzić? Że twoja miłość może sprowadzić nieszczęście na tą drugą osobę?
- Chodzi o Lily?
- Zawsze chodzi o Evans! – Odezwał się ze złością.
- Miłość to, coś pięknego James. Odwzajemnione uczucie nie może zrobić ci krzywdy.
- Ale, co jeżeli ktoś z zewnątrz będzie chciał nas rozdzielić? Co jak moje uczucie … jak PRZEZ MOJĄ MIŁOŚĆ Lily straci życie, bo śmierciożercy zabiją ją, żeby zrobić mi na złość?
- Jim, nie od dzisiaj istnieje zło na tym świecie. Nie należy jednak ciągle myśleć o zagrożeniach. Powinieneś być ich świadomy, jednak żyć z nimi. Skoro kochasz Lily i ona kocha ciebie to powinieneś z nią być, a nie myśleć, co będzie kiedy ktoś będzie chciał was rozdzielić. Razem jesteście silniejsi, bo możecie chronić się wzajemnie. – Słowa Hagrida wywarły na nim spore wrażenie. Teraz tylko musiał to na chłodno przeanalizować. Potter dopił swoją herbatę w milczeniu. Rubeus patrzył na niego z troską, ale i z czymś jeszcze. W jego spojrzeniu czaiły się iskierki radości, gdyż coś podświadomie mówiło mu, że życie tego rozczochranego nastolatka zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni, oczywiście na lepsze.